• Wpisów:26
  • Średnio co: 65 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 21:41
  • Licznik odwiedzin:2 325 / 1767 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kochane!!! Mam dwie, BARDZO WAŻNE WIADOMOŚCI!
1. Przepraszam za tak długą nieobecność- mam duże kłopoty z komputerem, poza tym testy -.-
2. Zakładam nowy blog!!!
Wbijajcie proszę, ja już tu nie będę wchodzić, ale wysyłajcie zaproszenia, ja z tamtego ponadrabiam zaległości, obiecuję, będę odwiedzać Wasze blogi, tylko wejdźcie na mój, proszę.
oto link:
http://lentilky.lentilky.pinger.pl/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
NA KILKA FRONTÓW
Nasz dziennikarz wypatrzył ostatnio nową twarz- to siedemnastoletnia Rose. Jak widać, Rose lubi lecieć na kilka frontów, bo widzimy ją raz w objęciach Stevena R.MqQueen’a, raz z Paulem Wesley’em, a innym razem z… Ianem Somerhalderem! Który z nich jest „tym jedynym”, a może jest jeszcze ktoś, o kim nie wiemy? Dowiemy się tego. Specjalnie dla Czytelników „About you”
Andy Warner.

Czytałam krótką notkę, a moje oczy robiły się coraz większe, niczym spodki. Pod artykułem znajdowały się trzy zdjęcia- na pierwszym Steven mnie przytulał pod naszym domem, na drugim byłam ja oraz Paul na rolkach, natomiast trzecie to ja i ten cały Ian, kiedy siedzimy w kawiarence, przy oknie. Zaraz, zaraz… Przecież ja w tej kawiarence byłam ze Stevenem! Co za paskudny fotomontaż! Kto i po co to robi?
-Co to za gówniany szmatławiec?!- wykrzyknęłam, patrząc na okładkę. –„About you”?! Żartujesz sobie?! Co to za debilizm! Od kiedy kupujesz takie śmieciowe gówno?! Nie szkoda ci papieru?!- byłam zbulwersowana,a najbardziej tym fotomontażem.
-Kupiła to Julie, żeby mi pokazać, co ty wyrabiasz!
-Ach, więc teraz wierzysz tej starej babie, a rodzonej siostrze nie?!- tupnęłam nogą. –Wielkie dzięki!- wybiegłam z kuchni i poszłam do pokoju. Nie miałam zamiaru ciągnąć tej dyskusji, która była po prostu pozbawiona sensu. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam łapać hausty powietrza, niczym ryba. W końcu zaczęłam płakać. „Hej, hej! Rose, co ty wyprawiasz?! Płaczesz?! To jakaś paranoja! Ogarnij się!”- uspokajałam się w myślach, ale to przyniosło odwrotny skutek- zamiast się opanować, zaczęłam zanosić się spazmatycznym szlochem. Max musiał to usłyszeć, bo po chwili wszedł do mojego pokoju.
-Rose…
-Idź!- wrzasnęłam, ale on najwidoczniej uodpornił się na to.
-Porozmawiamy?- wyciągnął z kieszeni paczkę żelków. –Na pocieszenie- uśmiechnął się. –Nie obrażaj się, spokojnie pogadamy, OK?
-OK- pociągnęłam nosem.
-Więc… O co chodzi z tą aferą, co?
Opowiedziałam Maxowi koleje losu mojej znajomości ze Stevenem, nie pomijając szczegółów, takich jak jego uścisk pod domem i wyznania pod autobusem. Potem zaczęłam opowiadać o Paulu- jak go poznałam, o spotkaniu w parku i jego pomocy zaoferowanej mi przy opracowywaniu roli Klary.
-OK, czyli podsumowując- Steven się w tobie zakochał…
-Max!- krzyknęłam, wchodząc mu w słowo.
-No, z tego co mówisz, to tak na poważnie.
-Paul ci pomaga w roli i był z wami w tym parku przypadkiem.
-Tak!- powiedziałam, pomijając fakt, jak działa na mnie Paul.
-A Ian?
-Jaki Ian?
-No ten, z którym siedzisz w kawiarni.
-Nie znam tego Iana! Wiem tylko, że gra w tym serialu.
-A to zdjęcie?
-To fotomontaż! Ja w tej kawiarni siedziałam ze Stevenem! Nie wiem, po co ktoś robi takie głupie żarty, ale ja tego Iana nie znam!
-Dobra, Rosie, wierzę ci- uspokajał mnie Max. –Widzisz, niepotrzebnie było się zamartwiać. –westchnęłam.
To, że wyjaśniłam sprawę z Maxem, nie oznaczało, że całkowicie ją zamykam. Dorwę tego, kto to zrobił.
-Max?-zapytałam, wychodzącego już, brata.
-Hm?- mruknął pytająco.
-Gdzie jest ten szmatławiec?
-W kuchni. A po co ci?
-Muszę coś… sprawdzić- powiedziałam, wymijając Maxa i zbiegając po schodach. Muszę dorwać tego dziennikarzynę. Chwyciłam „About you” i otworzyłam tam, gdzie znajdował się ów artykuł. Szybko wyrwałam interesującą mnie stronę i wróciłam do pokoju.
-Andy Warner-mruczałam sama do siebie. –Dorwę cię- dodałam, otwierając laptopa. Wpisałam frazę w wyszukiwarce. Andy Warner, dziennikarz dla gazety „About you”. Bingo! Znalazłam tu wszystko, czego potrzebuję. Andy, szykuj się.
***
Po dziesięciu minutach wychodziłam z domu, z telefonem i wycinkiem gazety w kieszeni kurtki. Max łatwo przyjął moją wersję spędzenia piątkowego popołudnia- lody wraz z Hayley i Louisem. „I tak ich nie zna, więc nie będzie mnie sprawdzał”-pomyślałam.
Dojechanie metrem do siedziby tego szmatławca zajęło mi około czterdziestu minut. Na miejscu byłam wpół do szóstej. „Oby nie było zamknięte”-powtarzałam w myślach. Najwyraźniej moje błagania zostały wysłuchane, bo cały budynek był rzęsiście oświetlony, co oznaczało, że tutejszy dzień pracy jeszcze trwa. Dostanie się do wieżowca okazało się dziecinnie proste-widocznie dziennie przewijało się tu tysiące osób i nie sprawdzali zbytnio tożsamości. Na ścianach wisiały mapy, które znacznie ułatwiły sprawę. Skierowałam się do sekretariatu.
***
-Dzień dobry- powiedziała odpicowana sekretarka, kiedy znalazłam się w jej gabinecie.
-Dz… Dzień dobry- lekko się zacięłam. Część mojej odwagi gdzieś uleciała, ale musiałam zachować zimną krew. „Nikt nie będzie mnie robił w bambuko. Nikt!”-powiedziałam w duchu.
-Czym mogę służyć?
-Szukam pana…- spojrzałam ukradkiem na wycinek z gazety. –Pana Andy’ego Warnera. Pracuje tu?
-Owszem, pracuje.
-A mogłabym go zastać?
-Nie wiem. Wykonam do niego telefon. –Wzięła do ręki wspomniany przedmiot i już po sekundzie z kimś rozmawiała. –Andy? No, to ja, Dorothy. Tak. Słuchaj, jest u mnie jakaś dziewczyna i chce cię widzieć. Jaka? Nie mam pojęcia. Jak się nazywasz?- powiedziała do mnie. Już miałam powiedzieć swoje imię i nazwisko, ale przypomniałam sobie, że Andy je zna i gdy usłyszy, że to ja przyszłam, od razu będzie wiedział w jakiej sprawie, a wtedy z planu nici.
-Proszę… Proszę tylko powiedzieć, że to pilne.
Sekretarka wywróciła oczami, ale wykonała polecenie.
-Dobrze, możesz iść, ale Andy powiedział, że ma mało czasu, więc się streszczaj. –Kiwnęłam głową z aprobatą. –Drugie piętro, gabinet 234.
Pożegnałam się i wszyłam z sekretariatu. Do sali 234 dotarłam w kilka minut. Przed samym wejściem ogarnęły mnie wątpliwości. „Co ja mu powiem? Co jak zrobię z siebie totalną idiotkę?”- targały mną sprzeczne uczucia, ale wtedy poczułam w kieszeni fakturę gazety i przypomniałam sobie o świńskim fotomontażu. „Nie, nie mogę pozwolić, żeby to uszło mu na sucho!”-postanowiłam i zapukałam do drzwi.
***
-Proszę –usłyszałam męski głos. Weszłam do środka i oczom ukazał mi się obszerny gabinet, cały obity skórą. W wielkim fotelu (skórzanym, a jakże) siedział filigranowy facet o małej, pociągłej twarzy i wielkich oczyskach. Miał na sobie duże okulary, które co chwilę poprawiał. Wyglądał jak małe dziecko w fotelu swojego taty. Chciało mi się śmiać, ale wiedziałam, że muszę zachować powagę, jeśli chcę być postrzegana jako dorosła osoba.
-Pan Andy Warner?- upewniłam się. Lekko drżały mi nogi , a w ustach czułam suchość.
-Zgadza się. A ty to kto?- powiedział pobłażliwym tonem, kolejny raz poprawiając okulary. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie traktuje mnie poważnie i dodało mi odwagi. Podeszłam do jego biurka i usiadłam na krześle vis a vis jego fotela.
-A ja nazywam się Rose Timothy i to właśnie mi zrobił pan świnię w tym szmatławcu- rzuciłam mu na biurko wycinek z gazety.
-Ach, to ty…- zaśmiał się.
-Dokładnie! Co pan sobie wyobraża, że będzie pan pisał takie nieprawdziwe informacje w tym beznadziejnym szmatławcu?! Widać, że nie jest pan profesjonalistą, bo za takie coś można spokojnie podać do sądu.
-Co ty nie powiesz?- zaśmiał się, a ja aż zadrżałam. Co ten dupek sobie w ogóle wyobrażał?!
-No tak, nic sobie nie wyobrażam! Nie życzę sobie, żeby pan podawał takie nieprawdziwe informacje na mój temat!
-Ja piszę to, co mi każą- wzruszył ramionami.
-Kto panu każe pisać takie głupoty?
-A może znasz…- uśmiechnął się i podsunął mi pod nos zdjęcie z podpisem…



____________________________________
Więc jest nowy ;* Jakie uwagi? Osobiście, nie jestem z niego zadowolona, taki suchy jakiś...
Z dedykacją dla wschodzącego talentu http://kamila1997.pinger.pl/
Dla *Zaczarowanej Krainy* ;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Wstałam rano w dobrym humorze, co nie zdarzało się często. No cóż, w piątki zawsze wstaje się jakoś raźniej. Dość szybko doprowadziłam się do stanu oglądalności i zeszłam na dół. Śniadanie upłynęło nam w miłej atmosferze, którą przerwał dzwonek do drzwi.
-Pójdź otworzyć- powiedziałam do brata, upijając spory łyk kawy.
-Nie chce mi się.
-Mi też nie- jęknęłam, ale kiedy dzwonek ponownie zabrzęczał, podniosłam się z krzesła i poszłam otworzyć.
Oniemiałam. Za drzwiami stał kurier z malutkim bukiecikiem.
-Pani…- kurier spojrzał w notes. –Rose Timothy?
-T.. tak- wydusiłam.
-To dla pani. Proszę podpisać, o tu- wskazał miejsce. Wykonałam tą czynność, po czym pożegnałam kuriera i wróciłam do kuchni.
-No, nieźle- powiedział Max i zaśmiał się. Oglądałam bukiecik ze wszystkich stron, ale bileciku nie było. Wstawiłam kwiaty do wazonu. Usiadłam z powrotem przy stole i zaczęłam sączyć kawę. –Ktoś tu się zakochał w małej, głupiutkiej Różyczce- powiedział Max melodyjnym głosem.
-Daj spokój- powiedziałam, wkładając do ust pomidorka koktajlowego.
-No wiesz, jakby ktoś cię nie lubił, to by ci nie wysyłał kwiatków.
-Niby nie, ale…
-Ale co?
-Max, jest już dwadzieścia po siódmej, ty nie powinieneś pędzić do pracy?
-Nie, dziś mamy dopiero na dziesiątą- wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Jak to?!
-Tak to. Nie pytaj, bo i tak nie zrozumiesz. No, a ty nie musisz iść do szkółki?
-Nie denerwuj mnie!- podniosłam się i wstawiłam kubek do zlewu. –Za karę pozmywasz. Na razie!
-Pa!
***
Pod domem zobaczyłam Stevena. „Super, tyko jego tu brakowało”-pomyślałam. Jak widać, nie tylko Max korzystał z tego, że mają dziś pracę na późniejszą godzinę.
-Cześć Rosie!- zaczął machać do mnie, jak szalony.
-Siemka- mruknęłam. Ominęłam go i usiadłam na murku. Dziś miałam zamiar, wbrew swemu postanowieniu, jechać autobusem, a nie iść pieszo.
-Obraziłaś się?- Steven po sekundzie siedział obok mnie na murku. „Boże, od kiedy on jest taki namolny?”-myślałam tylko.
-Nie- odparłam.
-To co cię stało?
-A co się miało stać?- wciąż byłam na niego zła za to, że wczoraj wykurzył Paula, ale przecież mu tego nie powiem.
-No nie wiem… Chyba jesteś zła… - „wow, jaki ty szybki!”- denerwowałam się w duchu.
-Nie- nawet na niego nie patrzyłam. Mój wzrok utkwiony był w jakimś domostwie vis a vis murku, na którym spoczywałam.
-Rosie…- przysunął się nieco i ujął moją dłoń.
-Co robisz?- zapytałam zupełnie naturalnym tonem, ale Steven cofnął dłoń.
-Chciałem ci tylko powiedzieć…
-No..?- ponagliłam, bo, jak już wspomniałam, nienawidzę, kiedy ktoś tak sztucznie gra na zwłokę.
-Jesteś piękna, nie denerwuj się tak- zaczerwienił się.
-Dziękuję- powiedziałam zaskoczona i wtedy dostrzegłam nadjeżdżający autobus. „Dzięki Bogu!”-pomyślałam i wstałam z miejsca.
-Jesteś dla mnie bardzo ważna- powiedział, kiedy wsiadałam do autobusu, ale nie odpowiedziałam mu nic. Miałam go po dziurki w nosie. Zafundowałam sobie niezłego natręta, nie ma co.
***
Dzień w szkole upłynął w całkiem spokojnej atmosferze. Gdyby nie to, że po lekcjach odbywały się demoniczne zajęcia teatralne, stwierdziłabym, że ten dzień jest idealny. Poza tym byłam na nie spóźniona, bo zagadałam się z Hayley,w ramach pomocy udzielanej Louisowi. "Jeszcze będą razem"- myślałam.
Idąc zrezygnowana korytarzem, zobaczyłam, że drzwi od sekretariatu właśnie się otwierają, a z nich wychyla się Paul.
-Hej Paul!- powiedziałam, podchodząc do niego. Wyszedł z gabinetu z wyraźną ulgą na twarzy. Miał na sobie ciemne, przeciwsłoneczne okulary, w których wyglądał jeszcze bardziej seksownie, niż zwykle.
-Ach, cześć Rose. Już myślałem, że to jedna z moich psychodelicznych fanek, więc nawet założyłem te głupie okulary- zaśmiał się, a mi żołądek zwinął się w supełek i wywijał orły w środku.
-Mhm.. Nie będzie tu nikogo, bo trwa lekcja.
-A ty nie masz lekcji?
-Mam zajęcia teatralne, ale nie chce mi się na nie iść.
-Haha, niedobra jesteś!- zaśmiał się ponownie, a ja myślałam, że za chwilę zemdleję!
-Chodzę tam za karę. To była kara wymierzona przez dyrektora, a ja nienawidzę teatru.
-A ja przeciwnie.
-Może dlatego jesteś aktorem?- przechyliłam przekornie głowę. Mój paraliżujący strach uleciał gdzieś, a powróciła wrodzona odwaga.
-Pewnie tak. Co tam masz?- popatrzył na plik kartek, które trzymałam w ręku.
-Eh, nie pytaj- westchnęłam.
-Ale pytam- uśmiechnął się.
-Rolę.
-Rolę?! Ale nienawidzisz teatru- droczył się ze mną. Czułam, że za chwilę moje podniecenie sięgnie zenitu. Flirtowałam z nim! Naprawdę!
-Taaak… Mamy na teatralnych międzynarodowe sztuki. Pani Monica zgłosiła mnie na casting, choć za Chiny tego nie chcę, ale jak mówiłam to moja kara od dyrektora… Gemma jest prowadzącą i wybrała… „Zemstę”- powiedziałam z lekkim wahaniem patrząc na tytuł sztuki.
-„Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba*”?!- Paul zaczął się lekko śmiać, a moje nogi zrobiły się jak z waty; działo się tak zawsze, kiedy się śmiał.
-Znasz to?- wytrzeszczyłam na niego oczy. –To nudne!
-Jestem Polakiem- uśmiechnął się, a ja zrobiłam oczy jak spodki.
-Naprawdę?
-Tak. Urodziłem się w New Jersey, ale moi rodzice to Polacy.
-Serio?!- wciąż nie mogłam uwierzyć.
-Serio, serio. Mogę ci pomóc, jak chcesz...
-Naprawdę? Byłoby super!- zaczerwieniłam się, słysząc swój własny, przesadzony entuzjazm.
-Mhm. Kiedy ci pasuje?
-Jutro?
-Zaczekaj- sprawdził swój notes. –Niech będzie, ale tylko na godzinkę gdzieś o czwartej? – uśmiechnął się leciutko.
-OK, tylko gdzie?
-Może w Starbucks? Tam na rogu, niedaleko tego parku, w którym byliśmy.
-Mhm- powiedziałam, a serce zaczęło mi tak mocno bić, że bałam się, iż Paul to usłyszy.
-OK, to ja idę. Mam jeszcze masę spraw, a dom czeka! Haha- zaśmiał się.
-Taak. Pa!- pomachałam mu.
Pomyślałam o porannym bukieciku i myśl, że za tym może stać Paul stawała się coraz bardziej realna. Czy ten dzień mógł być lepszy?
***
Mógł być i to zdecydowanie. Po powrocie do domu, skierowałam się do kuchni, gdzie natknęłam się na Maxa. Zobaczyłam, że był bardzo zdenerwowany. Najwyraźniej na mnie czekał, bo stał z założonymi na piersi rękami.
-Dzień dobry- powiedziałam lekko zdezorientowana, starając się brzmieć naturalnie.
-Nie wiem, czy taki dobry…
-Co się stało?
-Zaraz ci powiem, co się stało!- krzyknął Max. Podszedł do blatu i sięgnął leżącą tam gazetę.
-O co tyle hałasu? Uspokój się i nie krzycz.
-Zaraz zobaczysz,o co! Nie będę się uspokajał!- Max podał mi gazetę. –Pierwsza strona.
Otworzyłam czasopismo we wskazanym miejscu i zamarłam. To, co tam zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.



*cytat z "Zemsty" Aleksandra Fredry.

___________________________
Jest więc nowy ;* Jakie uwagi? Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się zaciekawić, bo jakoś ostatnio brak mi weny -.-'
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Tym razem nominowała mnie *Lubie być brzydka :3* (dziękuję, kochana jesteś +ma świetnego bloga ^^)
*Na czym to polega?*
Piszę 7 faktów o sobie, nominuję następne 7 osób:
Do dzieła:
1. Chyba nic mnie bardziej nie wkurza niż "przyjaciele" którzy nimi są, tylko jak czegoś chcą!
2. Kocham serial "Pamiętniki wampirów"!! (jeśli ktoś to ogląda to wie, że bohaterowie opowiadania-Paul i Steven to aktorzy z tego serialu )
3. Moim ulubionym aktorem jest właśnie Paul Wesley (z "Pamiętników..."
4. Zawsze płaczę, jak oglądam smutne sceny z tym serialu.
5. Nienawidzę horrorów! Zawsze się ich straszliwie boję!
6. Mój ulubiony napój to bez wątpienia cola
7. Mam przyjaciółkę, z którą przyjaźnię się ponad 12 lat

Nominuję:
1)http://paula110.pinger.pl/
2)http://citrall.pinger.pl/
3)http://believe.1.pinger.pl/
4)http://mrumrumru.pinger.pl/
5) http://dspairiris.pinger.pl/
6)http://andzia94.pinger.pl/
7) http://kamilkaw10071999.pinger.pl/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
-Hej!- powiedział Steven, kiedy wyszłam do niego z domu.
-Hej- odpowiedziałam. Wtedy on zrobił coś, czego bym się nie spodziewała- przytulił mnie. Naprawdę! Co on sobie wyobrażał?! Przecież nie jestem jego własnością! Byłam zbulwersowana, ale zaczęłam oceniać trzeźwo sytuację. „A może to nie Steven jest tym tajemniczym adoratorem?”-myślałam, ale byłam w kropce. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, kto za tym stoi, bo sytuacja była już nie tyle dziwna, co męcząca. Nie odwzajemniłam uścisku, ale również go nie odepchnęłam, analizując poszczególne fakty. Wiedziałam jednak, jak mam się tego dowiedzieć.
-Coś nie tak?- stropił się Steven. Wysiliłam się na uśmiech, który i tak nie wypadł zbyt naturalnie.
-Idziemy?- podeszłam do furtki, dając tym samym sygnał, że już nie chcę kontynuować tej powitalnej formułki.
-No jasne- powiedział. –Pieszo czy autem?
-Pieszo- zdecydowałam. Będę go mogła wtedy wypytać o to i owo.
-Ros..- zaczął Steven.
-Hm?- mruknęłam, wyrwana z zamyślenia.
-Powiedz mi coś o sobie.
-Książkę piszesz?- odpowiedziałam sarkastycznie, ale przypomniałam sobie, że miałam być miła, więc uśmiechnęłam się na zachętę.
-Nie, ale chcę coś o tobie wiedzieć…
-Co?
-No nie wiem. Masz siedemnaście lat, prawda?-powiedział ni stąd, ni zowąd.
-No tak.
-Niedługo będziesz dorosła- powiedział Steven marzycielskim tonem.
-Co to ma do rzeczy?- dodałam i wtedy coś sobie uprzytomniłam. Nie wiem, ile Steven ma lat! –A ty?
-Co ja?
-No ile masz lat?- spytałam.
-No… więcej niż ty- uśmiechnął się łagodnie, ale to nie była zadowalająca dla mnie odpowiedź.
-No powiedz.
Próbowałam wyperswadować na chłopaku informację o jego wieku, ale on tylko się wymigiwał. Nagle na horyzoncie zamajaczyła mi znajoma postać. Początkowo nie mogłam skojarzyć, ale rytmicznie podskakujące, blond loki, śnieżnobiały uśmiech, modne ciuchy… Niestety, to była Gemma. Tylko jej tu brakowało. Ale zaraz… Nie była sama. Koło niej szedł. Paul?! Tak! To był on! To była naprawdę on! Serce zaczęło walić mi jak młot, poczułam suchość w ustach i zaczęłam się po prostu przyglądać zbliżającemu się mężczyźnie w asyście Gemmy. Tak się zagapiłam, że nie dostrzegłam wystającej płyty chodnikowej i już bym runęła na ziemię, gdyby nie Steven. Złapał mnie wpół, tym samym chroniąc od upadku. Szybko wyswobodziłam się w uścisku i bąknęłam tylko zdawkowe „dzięki”. Steven miał minę zbolałego psiaka, ale na mnie nie zrobiło to wrażenia. No, dobra, skłamałam. Trochę zrobiło, ale to nic nie znaczy. Nie należę do osób „miękkich”, łatwo ulegających takim trikom, jakie on stosował. Nie mogłam sobie pozwolić na jakieś ceregiele ze Stevenem, kiedy o nas zbliżał się Paul! Muszę mu pokazać, że jestem wolna i otwarta na nową znajomość. Znajomość z nim, rzecz jasna. Gemma, widząc nas, zaczęła się sztucznie uśmiechać i machać jak idiotka.
-Steven! Rosie!- moje imię wyraźnie mniej zaakcentowała, ale nie zbijała z tonu i udawała najlepszą i oddaną przyjaciółkę. Miałam ochotę zwymiotować, kiedy obserwowałam tą szopkę.
-Hej Gemma- odpowiedział Steven, błądząc gdzieś wzrokiem.
-Co porabiacie?- zapytał niewinne Paul, ale mi już serce podeszło do gardła, a żołądek związał w ciasny supeł.
-Właśnie idziemy na rolki- odpowiedział Steven.
-Na rolki?! Och, uwielbiam rolki!- zachwycała się Gemma.
-Może pójdziecie z nami?- nie wiem kiedy to powiedziałam ani jak zdobyłam się na odwagę, aby to z siebie wydusić.
-Właściwie mieliśmy iść na pączki, ale… Z chęcią! Paul?- spojrzała na niego. Ten wzruszył ramionami.
-Niech będzie.
***
Nie wiem, jak udało mi się tego dokonać, ale znalazłam się pomiędzy Paulem a Stevenem! Nasze ramiona przez kilka sekund ocierały się o siebie, a ja czułam, jak wstrząsa mną elektryczny dreszcz. Cudowne uczucie. Nie obchodziło mnie to, że przez całą drogę do parku, Steven w ogóle się nie odzywał i był jakiś nieswój. "No trudno, jego strata"-pomyślałam.
Jak za mgłą, pamiętam zmianę obuwia, dopasowywanie rolek i ich zakładanie. Nareszcie znaleźliśmy się na torze. Manewrowałam specjalnie tak, żeby być koło Paula. Swoją drogą, jeździł świetnie, ale chyba wolał to robić samotnie, albo był po ludzku speszony naszą obecnością. Mi też całkiem nieźle szło, może dlatego, że wakacyjne popołudnia spędzałam wraz z Abby oddając się temu zajęciu. Z Gemmą było gorzej. Po niespełna kwadransie wywinęła orła i upadła na tyłek.
-Auu!- zawyła.
-Nic ci się nie stało?- powiedział bezbarwnym tonem Steven. Doprawdy, zaczynał mi porządnie działać na nerwy. „Te jego fochy są żałosne”-myślałam w duchu.- „Najpierw zaprasza mnie na rolki, przytula, a kiedy zaproponowałam Paulowi i Gemmie, żeby poszli z nami, obraża się, jak dzieciak, zaczyna jeździć sam, ma marsową minę, nie odzywa się, no jak jakiś odludek!”-denerwowałam się, podjeżdżając z Paulem do miejsca „wypadku”.
-Chyba złamałam nogę!- Gemma zaczęła szlochać.
-Może to sprawdzę?- powiedział Paul, zbliżając się do poszkodowanej, ale Steven go uprzedził:
-Spokojnie, zajmę się tym. Przecież byłem kiedyś ratownikiem medycznym, a przynajmniej ukończyłem szereg kursów- uśmiechnął się blado.
-Jasne. Jak mogłem zapomnieć, doktorze Si!- Paul zaśmiał się. Miał taki cudowny śmiech….
-Rose! Słyszysz mnie?!- powiedziała Gemma swoim, nieznoszącym sprzeciwu, tonem.
-Co takiego?- udawałam zainteresowanie.
-Dzwoń po pogotowie!-lamentowała.
-Nie widzę takiej potrzeby…- mruknął Paul. –Przecież poruszasz nogami. To nie złamanie, jak podejrzewałaś.
-Poczekajcie, niech sprawdzę- dodał Steven. Uklęknął przy Gemmie i złapał ją za kostkę. Ta zawyła z bólu. –Mocno boli?
-Okropnie!
Podczas rozeznania, które robił Steven, Gemma nalegała, aby dzwonić po pogotowie, jednak na pierwszy rzut oka było widać, że jedynie mocniej się uderzyła w nogę, ale nie ma tam ani skręcenia, ani zwichnięcia, a tym bardziej złamania. Ponadto „poszkodowana” swoje zażalenia kierowała wyłącznie do mnie, jakby to była moja wina, że nie umie jeździć! W końcu zdecydowaliśmy się zadzwonić po jej szofera, który przybył po kilkunastu minutach i zabrał Gemmę do domu.

-No to zostaliśmy sami- stwierdził Paul, po odjeździe limuzyny panny Plec.
-Taaa…- mruknął Steven.
-Mi to się nawet już nie chce jeździć.
-Mi również- dodałam. Chciałam zapytać się o coś jeszcze, ale wstrzymałam się.
-Idziemy gdzieś?- powiedział Steven, jednak wcale nie patrzył na Paula, ale na mnie.
-OK- powiedziałam, licząc, że wybierzemy się gdzieś we trójkę.
-OK, to ja was zostawiam. Mam jeszcze parę spraw, nie będę przeszkadzał. Na razie!- pomachał nam i oddalił się. Zaczęłam przeklinać w duchu. Nie mogłam już patrzeć na tego Stevena! Jak on mnie denerwował!!! „On to wszystko robi specjalnie! Wszystko, dosłownie wszystko psuje!”
***
Ponieważ wcześniej wyraziłam zgodę, byłam zmuszona iść ze Stevenem na coś w rodzaju kolacji, zważywszy na wieczorną godzinę.
Wybraliśmy, a raczej Steven, małą kawiarenkę na rogu. Mój towarzysz, wraz ze zniknięciem Paula, stał się rozmowny, jak nigdy; ja uparcie milczałam lub zbywałam go krótkimi monosylabami.
-Co się stało, Rosie?- zapytał, kiedy siadaliśmy przy stoliku.
-Nic.
-Widzę przecież- popatrzył na mnie.
-Absolutnie nic- powiedziałam dobitniej, a Steven zamknął się na moment. Po chwili jednak znowu zaczął paplać, a mnie aż rozbolała od tego głowa. –Co bierzemy?- weszłam mu w słowo, nie mogąc słuchać tego steku bzdur, który mi serwował.
-Hmm…- podrapał się po głowie skonsternowany. –Wybieraj.


Po zjedzeniu, Steven przysunął się bliżej mnie. Wciągnęłam powietrze i siedziałam bez ruchu.
-Rose…
-Hm?- mruknęłam bez zainteresowania, kiedy nagle przypomniałam sobie o planie. Musiałam być miła. –Dziękuję za kwiaty- wypuściłam powietrze z ust i rozluźniłam się.
-Jakie kwiaty?
-No te, o których ci mówiłam- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Aaa… te.. nie ma za co.
-A mam pytanie, odnośnie tych bukietów.
-Jakie?- powiedział lekko spłoszony.
-Bo pamiętasz…- przeciągałam słowa, widząc jak się jeży. –Były tulipany, a następnego dnia róże, co nie?
-Tak.
-Jaki kolor miały tulipany, a jaki róże?- powiedziałam.
-No…. Hmm… Jakby tak pod światło… Czerwone.
-Które?
-Oba.
-Aha- mruknęłam. Spojrzałam na telefon. –Och, ale zrobiło się późno!- wykrzyknęłam. – Max na pewno się niepokoi- dodałam pośpiesznie, ale nie wypadło to naturalnie. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Już miałam rozwiązanie swojej zagadki, a przynajmniej jego część. To nie Steven. To nie Steven, to nie on! Zadowolona wyszłam z kawiarni, kiedy coś mnie oślepiło.
-To ciebie przytulał Steven McQueen!
-Kim jesteś?!
-Wyjaw nam swoją tożsamość?!
-O co wam, do cholery jasnej, chodzi?!- wykrzyknęłam. Właśnie stałam otoczona tłumem paparazzich. No super. Steven nie wspomniał mi, jaki to jest „sławny”. To kolejny powód, dlaczego nie chcę się z nim widywać. Paul był odstępstwem od tej reguły, bo był przecież tak samo sławny, ale chciałam się z nim spotykać. Próbowałam się przecisnąć i iść dalej, ale podła, szara masa mi to uniemożliwiła.
-Powiedz nam coś o sobie.
-W życiu!- powiedziałam wprost do kamery.
-Jesteś dziewczyną Stevena McQueen’a?
-Nie!- zaprotestowałam oburzona.
-To czemu Steven McQueen cię przytula?
-Nie przytula!
-Przytula!-włączył się inny paparazzi.
-Niby kiedy?- oparłam ręce na biodrach.
-Zaraz…- jeden z fotografów zaczął przeszukiwać aparat, a po chwili podsunął mi go pod nos. Widniało tam zdjęcie, które przedstawiało mnie i Stevena; chłopak przytulał mnie na nim, a było to wtedy, kiedy dziś mnie witał pod moim domem. Przeklinałam w duchu. Czemu go nie odepchnęłam?! Na tym zdjęciu naprawdę wyglądaliśmy jak zakochana para!
-Zostawcie mnie w spokoju!- z całej siły wbiłam się w tłum ludzi i zaczęłam przepychać łokciami. Kiedy wydostałam się z tego motłochu, zaczęłam biec. Ktoś wołał za mną, słyszałam błysk fleszy, ale nie obeszło mnie to nic a nic. Byłam wolna. I wiedziałam, że to nie Steven dał mi kwiaty. Dzięki Bogu.




_______________________________
Jest nowy ;* Przepraszam, że po tak długim czasie, ale szkoła.... Niedługo egzaminy.. Ja się załamię
Jakie uwagi?


  • awatar Gość: Boskie <333
  • awatar Mustache ♥: Jak znajdę dłuższą chwile to przeczytam całe opowiadanie bo nie lubię tak zaczynać od połowy xd dodaje do obserwowanych ;) ps. Dzięki za nominacje ;* ale nie chce mi się ;)
  • awatar Expirion †: <3 *
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Wytypowała mnie XxMatyldaXx (dziękuję, kochana ;*)
*Na czym to polega?*
Piszę 7 faktów o sobie i typuję następne 7 osób

A więc 7 faktów o mnie... (jak są suche, to przepraszam, ale naprawdę nie mam pomysłu na jakieś takie.... ciekawsze? ;D)

1. Mam włosy dziwacznej faktury, lekko falowane, które uparcie prostuję ^^
2. Ledwo co się odkochałam w takim idiocie, to zdążyłam się znów zakochać;D
3. Teraz jestem skazana na tego idiotę (z pewnych powodów).
4. Mam dwójkę rodzeństwa, a jestem średnia ;D
5. Czasem noszę okulary, jak nie widzę z daleka ;D
6. Jak myślę, że zostały 3tyg. do testów, to aż mnie skręca ze strachu -.-
7. Moje jedyne zwierzę, które posiadam, to pies ^^


Typuję:
1)http://bluegirls.pinger.pl/
2) http://dr-house-md.pinger.pl/
3) http://nemmo.pinger.pl/
4) http://wiecznasamotnosc.pinger.pl/
5) http://elverdaderoamoor.pinger.pl/
6)http://miloscnazawsze.pinger.pl/
7)http://kawowapandzia.pinger.pl/


Działajcie ;*
 

 
Stanęłam oniemiała. Na progu mojego domu leżał bukiet krwistoczerwonych róż. Naturalnie, sprawdziłam, czy jest dołączony liścik. Pomiędzy kwiatami widniała bladoróżowa karteczka, a na niej napisane: „Jedna RÓŻA jest najpiękniejsza”.
„Dobra, sytuacja robi się dziwna”- pomyślałam, przekręcając klucz w zamku. Włożyłam róże do wazonu. W kuchni natknęłam się na liścik od Maxa, w którym tylko przynudzał, że będzie później, że mają ważne zdjęcia i żebym coś zjadła. Wyjęłam z chlebaka ciabattę i usiadłam przy stole. Przeżuwając, zastanawiałam się, kto mógł mi dać róże oraz wcześniejsze tulipany. Miałam tylko trzy opcje: Paul-chciałabym, ale czy to możliwe? Steven- w sumie całkiem prawdopodobne oraz Wyśniony- jeśli wie, gdzie mieszkam, bo z tego co pisze, to zna mnie, a więc może również mój adres? Tysiące myśli kłębiły mi się w głowie, ale po jakimś czasie tylko jedna nie dawała mi spokoju: Steven. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do niego. Sama się sobie dziwiłam. Odkąd mieszkałam w Chicago, zniżałam się coraz bardziej poniżej mego poziomu; dzwonienie do chłopaka było tego przykładem. Niestety, a może na szczęście, Steven nie odebrał. No tak, przecież mają jakieś ujęcia, zdjęcia, czy coś innego. „Trudno, nie odebrał, to jego problem”- pomyślałam. Czwartkowe popołudnie postanowiłam spędzić z dala od myśli o tajemniczym wielbicielu i innych troskach.
***
Weszłam do pokoju i skierowałam się w maleńki zaułek w rogu pomieszczenia. Stało tam kilka dużych, kartonowych pudeł. Stały tu nierozpakowane od czasu przeprowadzki. Znajdowały się tam niepotrzebne rzeczy, których nie miałam zamiaru wyciągać, a mimo to przyjechały tu ze mną aż z Londynu. Wiedziałam dokładnie, czego szukam i gdzie tego szukać. Kiedy natknęłam się na prostokątne pudełko z czarnym napisem: ROSIE, szepnęłam sama do siebie „bingo!”. Drżącymi palcami podniosłam wieczko. Nadal tam były. Gładziłam opuszkami palców kolejno złoty napis Liuteria, kształt, struny… Wszystko takie… Dawne. Zakurzone, ale czułam, że to po prostu gruba warstwa wspomnień. Tak właśnie powróciłam do mojej pasji- gry na skrzypcach. Wyjęłam instrument z pudełka i przetarłam rąbkiem bluzy. Wzięłam również smyczek i zamknęłam pudełko. Przechyliłam głowę,układając skrzypce na ramieniu. Przyłożyłam smyczek do strun i przesunęłam po nich. Usłyszałam dźwięk. Przez chwilę odczuwałam opór, ale po chwili zaczęłam przesuwać smyczkiem w górę i w dół, a palce układać na gryfie w coraz to nowsze akordy. Gra szła mi świetnie. Nie zapomniałam jej ani trochę. Na lekcję skrzypiec zapisała mnie mama, kiedy miałam cztery lata. Szybko stało się to moją pasją. Jeździłam na festiwale, nawet miałam kilka recitali. Rodzice mnie wspierali, byli ze mnie dumni. Jednak po ich śmierci nie mogłam patrzeć na skrzypce. Kojarzyły mi się z nimi i sprawiały ogromny ból, nawet stojąc w pokrowcu, na mojej półce, nad łóżkiem. Kiedy kolejny raz na nie spojrzałam i przypomniałam sobie mamę oraz tatę, wyniosłam instrument na strych i cisnęłam go do pudełka. Max dziwił się, że skończyłam z graniem, ale uszanował moją decyzję, mimo to, zabrał skrzypce do Chicago, za co mu teraz dziękowałam w duchu. Przymknęłam oczy i całkowicie oddałam się grze.
***
Usłyszałam chrząknięcie. Odwróciłam głowę i ujrzałam Maxa opartego o framugę drzwi. Ręka ze smyczkiem zawisła mi w powietrzu. Zamarłam.
-Yyy… ee… długo tu stoisz?- zapytałam w końcu.
-Jakieś piętnaście minut- uśmiechnął się Max.
-Piętnaście minut?!- wykrzyknęłam. –Przecież przed chwilą zaczęłam grać, więc nie kłam!
-No, musiałaś stracić poczucie czasu.
-Która godzina?- zapytałam, odkładając skrzypce do pokrowca.
-Za dziesięć siódma.
-Która?!- byłam ogromnie zdziwiona. Przecież zaczęłam grać przed trzecią, a już siódma? Niemożliwe.
„Nieźle się odcięłam od rzeczywistości”- pomyślałam.
-Kolacja za pięć minut- powiedział Max, ale wychodząc obrócił się i dodał:- Fajnie, ze wróciłaś do grania. Dobrze ci idzie.
-Dzięki- bąknęłam speszona. Nie chciałam mieć publiki, ale skoro Max się nawinął, to trudno.
-Najlepsze było „Nad pięknym modrym Dunajem”- Max zaczął nucić pod nosem melodię walca, a ja rzuciłam w niego poduszką. –No co?!- udał zdziwionego, lecz po chwili spoważniał i dodał: -Poza tym twój telefon w kuchni dzwoni i dzwoni.
Ten argument miał w sobie siłę, która pchnęła mnie do kuchni. Dzwonił Steven. Już miałam oddzwonić, kiedy komórka zabrzęczała.
- Rose?- usłyszałam w słuchawce jego głos.
-No Rose, a któżby inny?- powiedziałam ironicznym tonem.
-Coś się stało?
-Absolutnie nic.
-Dzwoniłaś.
-Owszem- nasza rozmowa polegała na wymienianiu monosylab lub krótkich równoważników zdań.
-W jakim celu?
-Hmm, jakby to zacząć?- powiedziałam, zamykając się w łazience. No, teraz bezpieczna. Tu mnie Max nie usłyszy, a więc mogę napomknąć Steven’owi o tych nieszczęsnych kwiatach.
-Rose? Jesteś tam?
-Tak, przepraszam.
-Więc…?
-No więc… Nie dawałeś komuś ostatnio kwiatów?
-Nie rozumiem- przyznał.
-No… Dobra, powiem wprost: wczoraj dostałam bukiet tulipanów, a dziś róż, no i tak się zastanawiałam… Nie są od ciebie?- ostatnie zdanie zapytałam na jednym oddechu. Głupio było mi tak wypytywać, ale jakiś wewnętrzny głosik mówił mi, że za tym może stać Steven.
-No…. Eeee…. Ten… Noo…- zaczął się jąkać, a ja miałam ochotę rzucić telefonem o podłogę. Nienawidziłam, kiedy ludzie przeciągali, jąkali się, tworzyli sztuczne napięcie itp.
-No więc?- powiedziałam zniecierpliwionym tonem.
-To ja- powiedział Steven, jednak przed słowem „ja” lekko się zająknął. Zbagatelizowałam to jednak. A więc to Steven. „Jednak czy na pewno?”-myślałam w duchu. W słuchawce zapanowała niezręczna cisza. Ja byłam pogrążona w milczeniu, a Steven? Może musiał ochłonąć po tym „szokującym” wyznaniu.
-Steven, ale to na pewno ty?- zapytałam, choć uważałam, ze to poniżej mojej godności. W końcu dziewczyna nie mówi pierwsza „cześć”, nie zaczyna rozmowy, nie pisze pierwsza na Faceoboku, nigdy, przenigdy nie pyta się „co u ciebie?”. To poniżej wszelkich granic klasy.
-No ja…- zawahał się. Nie byłam przekonana, czy tajemniczym wielbicielem był on, ale może właśnie los podsunął mi rozwiązanie zagadki, którym był właśnie Steve? Kto wie? –Rose?
-Hm?-mruknęłam pytająco.
-Możesz się dzisiaj ze mną spotkać?
-Po co?- wyrwało mi się, choć miałam być miła, aby ostatecznie wyciągnąć od niego informację.
-No tak… tak jakoś.
-OK- powiedziałam, chichocząc w duchu. Teraz albo nigdy. Szanse są fifty-fifty; albo on albo nikt. –Więc? Kiedy i gdzie? –zapytałam, siląc się na zainteresowanie.
-Hmm… Może nauczyć cię jeździć na wrotkach?- „Co za bezczelność!”-pomyślałam. Co ten Steven sobie wyobraża, że Londyn to takie wygnajewo, iż nie znamy tam takiego wynalazku jak wrotki? Żałosne. Już miałam mu odfuknąć nieprzyjemną ripostę, ale powstrzymałam się. Zaraz, zaraz… „Udawanie tępej dzidy to będzie doskonały lep na tego frajera”-planowałam w duchu. –„W dodatku poznam tą tajemnicę raz na zawsze i będę miała święty spokój ever”- dodałam w duchu.
-Chętnie- powiedziałam, zaciskając zęby. Naprawdę, zniżanie się do takiego poziomu, sprawiało mi fizyczne trudności.
-No to będę po ciebie za piętnaście minut, OK?
-Niech będzie- pozwoliłam sobie na chwilę swobody i wróciłam do swojego naturalnego, znudzonego tonu z nutką irytacji. –A wrotki?
-Wszystko załatwię. Dla ciebie- ostatnie zdanie wyraźnie zaakcentował, a ja się wzdrygnęłam.
Po odłożeniu słuchawki doszłam do przerażającego wniosku. Fakt, Steven robił do mnie maślane oczy, ale… Jeśli on jest nadawcą bukietów to znaczy, że to on wysłał również bileciki do nich dołączone, a tam były wyznania miłości. „Zaraz, zaraz, STOP”-myślałam. –„Ja, Steven i... miłość?!” To niemożliwe. To jest po prostu niemożliwe.


___________________________
A więc jest, choć znów z bólami xD Przepraszam za nieobecność, jest to wypadkowa szkoły, braku weny, przede wszystkim BRAKU CZASU -.- Ale zaraz święta, mmm, lubię to ;* Polecam też blog, który mimo, że ma zaledwie 2 wpisy już ma meeeega dużo odwiedzin (nie dziwię się ) . świetny blog, zaczęłam czytać, zachęcam: http://elverdaderoamoor.pinger.pl/


+Co sądzicie o rozdziale?
  • awatar Gość: Genialne, bardzo mi się podoba :D
  • awatar szsznycel: dziękuję, a nazwa właśnie stąd się wzięła:) przeczytam Twoje opowiadanie, ale nie teraz, bo właśnie muszę uciekać,ale miło mi się zrobiło jak przeczytałam Twój komentarz ;*
  • awatar `Smerf.♥: rozdział bisty jak zawsze! *o*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Trzymałam w rękach aromatyczny bukiet, wyobrażając sobie, że jego adresatem jest Paul. Wąchając tulipany, myślałam: „OK, wszystko pięknie, ładnie. Może ich nadawcą jest Paul, a może nie. Ale jak ten ktoś dostał się do mojego domu?!”. Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące. Z wiechciem kwiatów, zbiegłam po schodach. Weszłam do kuchni, gdzie napotkałam zdziwione spojrzenia Maxa i Julie. No tak, w końcu w przeciągu godziny, spazmatycznie płakałam, kłóciłam się, uciekłam na górę, a teraz powracam, jak gdyby nigdy nic z bukietem tulipanów, w dodatku, mając mokre włosy. To mogło wywołać u nich lekkie zdziwienie.
-Ooo, Rosie- zaczęła Julie. Siliła się na życzliwy ton, ale słyszałam w nim wymuszoną uprzejmość. Może ona również wyobraziła sobie, ze to od Paula, a widocznie go nie lubiła, bo była do niego sceptycznie nastawiona, z tego, co słyszałam. –Skąd masz te cudne kwiatki?
-Właśnie nie wiem i przyszłam to wyjaśnić- kątem oka dostrzegłam znów świdrujące, na pozór miłe, spojrzenie Julie. –Z Maxem- dodałam dobitniej, ale najwidoczniej nie zrozumiała aluzji. –W cztery oczy- powiedziałam, zaciskając zęby.
-Rose!- upomniał mnie Max.
-No co? Chcę z tobą pogadać sama, tak trudno zrozumieć?
-Rose, jak ty się w ogóle zachowujesz?- syknął.
-Wiesz Maxie, ja i tak musiałam już iść- pocałowała go w policzek.- Pa, Rose- dodała, stojąc do mnie plecami. „Łaski bez”- pomyślałam- „I tak jej nie lubię”.
-Więc, o co chodzi?- powiedział Max, kiedy Julie wreszcie wyszła.
-O te kwiaty- brat zrobił pytającą minę.
-Musisz coś wiedzieć, bo ten nadawca musi znać mój adres, żeby dać mi te kwiaty, a ja nie wiem, kto to jest! Muszę wiedzieć, kto mi je dał, bo inaczej nie wiem co, no muszę, po prostu muszę!- wpadłam w słowotok. Max przyglądał mi się pobłażliwie.
-Owszem, wiem, kto to- powiedział, uśmiechając się tajemniczo.
-O jeny!- wzniosłam oczy do góry.- Nie każ mi znów zgadywać, albo prosić się jak świnia!
-Nie każę.
-Nie chcę grać w te twoje debilne gierki!
-Ale ja też nie chcę w nic grać!- powiedział Max podniesionym głosem, jednak z jego twarzy nie znikał uśmiech.
-No, Max!- krzyknęłam. –Ja to muszę wiedzieć!
-Musisz, bo co?- uśmiechnął się szerzej, a mnie to doprowadzało do białej gorączki.
-Bo gówno!- krzyknęłam, ciskając tulipany na kuchenny blat.
-Nie bądź wulgarna- odparł spokojnie.
-Będę!- krzyknęłam, ale po chwili spuściłam z tonu. –Powiedz mi, Max. Proszę. Chociaż jakaś wskazówka.
-Hmm…- Max przeczesał palcami włosy, po czym dodał:- Nie. Nadawca prosił o dyskrecję. Miałem nic nie mówić.
-Ale Max…- jęknęłam błagalnym tonem.
-Chciał abyś sama zorientowała się, kto ci robi takie słodkie niespodzianki, Różyczko- powiedział, a ja poczułam falę złości. Nie chciałam jednak kontynuować tej dyskusji, która okazała się całkowicie bezowocna. „Nie chce rozmawiać? Proszę bardzo. Będzie jeszcze czegoś chciał, to inaczej pogadamy”- myślałam, wracając do pokoju.
***
Czwartek rozpoczął się wyjątkowo leniwie. Podniosłam ciężkie powieki i machnęłam ręką, nieopatrznie zrzucając z szafki nocnej, dzwoniący budzik. „Niech to szlag!”-pomyślałam, przymykając powieki. Jeszcze trzy minutki. Postanowiłam jednak podnieść się i zacząć szykować, bo najczęściej trzy minutki przeradzały się w dwadzieścia, a wtedy o spóźnienie nietrudno. Opornie wstałam z ciepłego łóżka i skierowałam się do łazienki. Po kilkunastu minutach wróciłam do pokoju i zaczęłam wrzucać rzeczy do szkolnej torby. Chwyciłam do ręki telefon i zauważyłam powiadomienie o nowej wiadomości. „Cześć, piękna. Jak rozpoczął się dzień? Jakieś plany, marzenia? Jak samopoczucie?”. Jak widać, Wyśniony nie zamierzał rezygnować z korespondowania ze mną. Postanowiłam to wykorzystać. „Hej! U mnie średnio, mam ochotę zapaść w zimowy sen. Plany luźne, marzeń brak”- wystukałam na klawiaturze i zeszłam na dół. Myślałam, że zastanę ciepłe śniadanie, przygotowane przez Maxa, ale zamiast niego na stole leżał tylko mały liścik, w którym Max pisał,że musiał wcześniej wyjść oraz ze stwierdzeniem, że wiem, co mam robić. No, cóż, dziś obejdę się bez śniadania. Chwyciłam, leżącą nieopodal, gruszkę i wyszłam z domu. Dziś miałam dobry czas.
***
-Louis?- zapytałam, widząc go, warującego pod moim domem. –Co ty tu robisz?
-Przyszedłem po ciebie- uśmiechnął się.
-Yyy.. W jakim celu?- zapytałam zdziwiona.
-W żadnym- powiedział, ale dość mało przekonująco. Ruszyłam naprzód, a Louis w ślad za mną. Nie odzywałam się prawie przez całą drogę. W końcu chłopak przerwał niezręczne milczenie.-Dobra, tak naprawdę, mam w tym jakiś cel.
-W czym?
-No, w tym, że po ciebie przyszedłem.
-Tak myślałam.
-Nie chcesz wiedzieć, o co chodzi?- zapytał, po moim ponownym milczeniu.
-Czy ja wiem? Możesz mi zdradzić tą wielką tajemnicę- burknęłam sarkastycznie.
-Dobra, powiem… Chodzi o Hayley.
-Cóż za nowość!- powiedziałam, z udawanym entuzjazmem.
-No tak. Rozmawiałaś z nią o mnie?
-Nie.
-A kiedy porozmawiasz? Bo wiesz, obiecałaś- uśmiechnął się błagalnie.
-Eh… Dobra, dziś pogadam- westchnęłam i pchnęłam frontowe drzwi szkoły.
***
-Hayley?- zapytałam, widząc ją siedzącą samotnie na parapecie, zamiast, jak wszyscy, w stołówce- w końcu była pora lunchu.
-Hm?- mruknęła, nie odrywając wzroku od lektury.
-Chciałam… Pogadać- lekko się zawahałam.
-O czym?- powiedziała bezbarwnym tonem, dalej pochłaniając książkę.
-Hayley, skończ wreszcie to czytać, chcę pogadać, niewyraźnie powiedziałam?!- wybuchłam, ale to zaowocowało tym, ze dziewczyna poświęciła mi uwagę.
-O czym?- powtórzyła, już z większym zainteresowaniem. Przysunęłam się do niej i usiadłam na parapecie.
-Chodzi o Louisa- wzrok Hayley, który przed chwilą błądził gdzieś za oknem, teraz był skierowany na mnie. Dziewczyna patrzyła na mnie, jakby miała mnie za chwilę zjeść. Czułam się dziwnie, ale kontynuowałam:- Obiecałam mu tą rozmowę.
-Rozmowę?- szepnęła Hayley, a ja kiwnęłam głową z aprobatą.
-No tak.. Bo wiesz… Wtedy, jak się całowaliście w szpitalu- twarz Hayley przybrała pąsowy odcień. Chciało mi się śmiać z całej tej sytuacji, ale kontynuowałam z kamienną twarzą. –On się teraz zamartwia. Powiedział mi, ze długo byliście razem i cię nadal kocha, chce z tobą być, ale myśli, że ty go nie lubisz. Proszę, porozmawiaj z nim.
-Nie- Hayley, jakby „ostygła”. Jej policzki znów stały się blade, a wzrok uciekł gdzieś za okno.
-Dlaczego?
-Mam swoje powody- dodała cicho, po czym zeszła z parapetu i gdzieś sobie poszła; ja jednak wiedziałam, co robić, aby tych dwoje ze sobą połączyć.
***
Wracałam ze szkoły samotnie, co było mi bardzo na rękę, bo nie lubiłam zbędnego towarzystwa. Rozmyślałam o tym i owym, kiedy ujrzałam przed domem coś bardzo dziwnego...




_______________________________
BARDZO PRZEPRASZAM ZA TAK DŁUGĄ NIEOBECNOŚĆ! Była ona spowodowana tym,że miałam kłopoty z netem, poza tym młynek w szkole, jak zwykle -.- +kłopoty z pingerem

Jakie uwagi na temat rozdziału?
Rozdział dedykuję Expirion http://miloscnazawsze.pinger.pl/ , za miły komentarz i wsparcie, dziękuję!♥
  • awatar ( ηιε ωιασοπο κτο ): dziękuje awwwwwwww ^w^ piszesz tak fajnie że nwm co napisać <33
  • awatar иιєвιєѕкα ∂zιєω¢zуиα: kocham to opowiadanie!!! Dziekuje za miły koment. kiedy kolejny rozdział?
  • awatar `Smerf.♥: a ja przepraszam za moją nieobecność w czytaniu ;c nie było mnie dłuższy czas u ciebie na blogu, gdyż miałam tymczasowy brak internetu, a no i szkoła. -.- ale teraz obiecuję się poprawić, będę pilną czytelniczką! ;** wracając do opowiadania : jest fa fa fantastyczne! :D uwielbiam je czytać, przyglądać się nowym przygodom kapryśnej Rosie ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Hej. Przepraszam was bardzo, ale coś mi się zepsuło w pingerem. Nie mogę wstawiać długich wpisów (a takie są wszystkie rozdziały, które wstawiam). Też tak miałyście? Jest jakiś sposób, żeby to naprawić?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
-Max, powiedz wreszcie, o co chodzi!- potrząsałam bratem.
-Nie mogę ci powiedzieć!- odpowiedział, ładując sobie do buzi kolejną Marshmallow.
-A to dlaczego?!- byłam już nieźle poirytowana.
-No, Różyczko- zaczął, lecz zauważywszy moją złą i naburmuszoną minę, nieco spuścił z tonu. –Nie powiem ci, bo, po pierwsze, zdenerwujesz się, a po drugie- zaprzeczysz- zaśmiał się, siadając wygodnie w kuchennym wykuszu. Otworzył książkę i zaczął czytać, co miało być widocznie znakiem, że skończył rozmowę, ale ja nie mogłam dać za wygraną. Podeszłam do niego i wyrwałam mu lekturę z dłoni.
-Ej!- powiedział, podnosząc głos. – Oddawaj to i wynoś się, jak nie masz nic ciekawszego do roboty!
-No, Maxieee!- zawyłam. – Powiedz mi, nie bądź taki! Obiecuję, że nie będę się wkurzać!- zwykle nie płaszczyłam się przed bratem, ale sytuacja wymagała poświęcenia.
-Dobra, powiem ci- usiadł z powrotem w wykuszu, uprzednio odbierając mi książkę. –Dziś jak byłem w pracy, to zauważyłem coś… no, dziwnego.
-Co takiego?
-Jak chodziłaś, trochę cię obserwowałem...
-Śledziłeś mnie?!- weszłam mu w słowo.
-Wiedziałem, że tak zareagujesz. Nie, nie śledziłem, byłem w pracy. Po prostu, czasem przechodziłem z pokoju do pokoju i widziałem ciebie i twoją grupę. No i zauważyłem, że wodzisz wzrokiem za Paulem…
-Skąd go znasz?- ponownie weszłam mu w słowo.
-Rosie, pracuję z nim- odparł, patrząc na mnie, jak na idiotkę. No tak, głupie pytanie. Bardzo głupie. –No, robiłaś do niego maślane oczy, od momentu, kiedy Steven zapoznał cię z nim i Niną. A potem jeszcze to chodzenie z nim sam na sam. Podoba ci się?
-Mi?- powiedziałam, ale wtedy stało się coś, czego nie mogłam przewidzieć; mój organizm spłatał mi niezłego figla. Oto po słowach, wypowiedzianych przez Maxa, oblałam się rumieńcem. Ja! Najprawdziwszym rumieńcem! Osoba mojego pokroju nigdy, powtarzam: nigdy! Nie wstydzi się do tego stopnia, żeby się rumienić! Co za poniżenie mojej egzystencji. Może niedługo zacznę chichotać, niczym Gemma? Co to to nie. Max spojrzał na mnie wielkimi oczyma, po czym się roześmiał.
-Zakochałaś się! Rosie się zakochała!- powtarzał, a ja zatkałam uszy. Czułam, że moja skóra płonie, była niesamowicie gorąca. Max, opanowawszy napad śmiechu, powiedział:- Ale naprawdę?
-N… nie wiem- no świetnie! W dodatku zaczęłam się jąkać!
-Ej, Rose… Ale on jest starszy.
-Wiem.
-Naprawdę się zakochałaś? No powiedz!- potrząsnął mną, a ja rozpłakałam się jak dziecko.
***
-No, już lepiej?- powiedziała Julie, okrywając mnie kocem. Siedziałam na kanapie z kubkiem malinowej herbaty i pociągałam nosem. To, co stało się w przeciągu ostatnich trzydziestu minut, ogromnie mnie przeraziło.
Po pytaniu, zadanym przez Maxa, wybuchłam histerycznym płaczem. Zaczęłam się trząść i łapać oddech ustami, niczym ryba. Zaaferowany Max zadzwonił do Julie, która przybyła po kilkunastu minutach. Jej malinowa herbata i ciepły koc podziałały na mnie kojąco, bo ostawiwszy kubek, na stojący obok stolik, ułożyłam się na sofie i zamknęłam oczy. Co się ze mną dzieje? To miejsce jest okropne. Robię tu rzeczy, do których bym się nie posunęła nigdy wcześniej- śledzę brata, przeszukuję jego rzeczy, płaczę, jak rozhisteryzowany bachor, a wreszcie- zakochuję się! Ja, wyobcowana, typ samotnika, zakochuję się i to w dodatku w starszym facecie, o ileś tam lat. Jedyne, co o nim wiedziałam, to jego imię i miejsce pracy. To żałosne. Jak można zakochać się w praktycznie obcej osobie? Jak widać, można. Leżałam z zamkniętymi oczami, bijąc się z myślami, kiedy usłyszałam z kuchni strzępki rozmowy Maxa i Julie.
-Co jej się stało?- mówiła Julie. –Weszłam tu i zaczęłam działać, a nawet jej nie zapytałam?
-Zakochała się- westchnął Max.
-Rosie? Zakochana? Jakoś nie wierzę- zaśmiała się Julie.
-No to dla mnie też był szok. Dla niej również, to przez to ten ryk.
-Naprawdę? Co ty nie powiesz? Zakochana? Nieszczęśliwe? Bo skąd ten płacz?- zasypywała go gradem pytań. Widać miała nie jedno takie zdarzenie u siebie w domu. No tak, Gemma, była niezłą flirciarą, z kwiatka na kwiatek. Pewnie wiele razy przeżyła zawód miłosny. A moją „miłość” można już uznać pewnie za zawód. Paul na pewno nie chciałby się ze mną spotkać, choćby raz.
-Czy ja wiem, czy nieszczęśliwie?
-Więc w kim? Maxie, powiesz mi wreszcie?- mimo jej miłego zachowania i pomocy mi udzielonej, wciąż nie mogłam znieść myśli, że są razem i że Julie używa skrótu „Maxie”. Skrótu wymyślonego przeze mnie.
-W Paulu.
-TYM Paulu?!- Julie nie kryła zdziwienia. –Ale…
-Jules, wiem…- powiedział. – Ale serce nie sługa, prawda?
-No tak…- zafrapowała się. –Ale wiesz..
-Jules- ponownie wszedł jej w słowo. – Ja też zakochałem się, mając nawet mniej lat niż Ros. Pamiętasz, co wszyscy mówili?
-Nie przypominaj mi- jęknęła. –Że jestem dla ciebie za stara, dziecko na karku, chcę cię złapać na „niewiniątko”. To nie było miłe.
-Wiem, ale tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że cię kocham. Bardzo. Bardzo bardzo kocham- usłyszałam dźwięk pocałunku. Poczułam, że zaraz zwymiotuję. Czy oni nie mają wstydu?!
-Nie, Paul przecież…
-Julie! Zaraz jej przejdzie- zaśmiał się Max i zaczęli rozmawiać o swoich przygodach, z czasów „młodości” (choć Max wciąż był młody, lecz tylko on). Nie mogłam słuchać ich dalszych gadek o tej „wielkiej, ponadczasowej miłości”, więc wstałam z kanapy i ruszyłam do swojego pokoju. Przechodząc przez kuchnię, poczułam na sobie wzrok Julie i Maxa.
-No co?- powiedziałam, stając w progu.
-Max, przepraszam…- powiedziała Julie i zbliżyła się do mnie. –Rosie, wiem, miłość to miłość, ale Paul… On nie jest odpowiedni.
-Też tak myślę, choć, serce nie sługa- powtórzył Max, jednak z mniejszym przekonaniem.
-On… On nie może…
-Właśnie, on..- nie mogli się wysłowić, co doprowadzało mnie do białej gorączki.
-Dajcie mi wreszcie spokój! Żyjcie tą swoją miłością, a ode mnie się odwalcie!- krzyknęłam i wybiegłam z kuchni. Głośno tupałam po schodach, dając dowód swojej wściekłości. Na Julie i Maxie nie zrobiło to jednak wrażenia. Skierowałam się do łazienki. Włożyłam głowę do umywalki i odkręciłam kran. Lodowaty strumień wody polał się na moją głowę, chłodząc włosy i, wciąż zarumienioną, twarz. Co za ulga. Usiadłam na podłodze i zaczęłam starannie owijać mokre włosy w ręcznik, aby po chwili dać im swobodnie wyschnąć. Czułam przyjemny chłód, a złość stopniowo ze mnie schodziła. Wyjęłam z kieszeni telefon i zauważyłam, że mam nową wiadomość. Była od tego dziwnego nieznajomego.
„Cześć piękna. Jak Ci minął dzień? Mi wyśmienicie. Podjąłem kroki. Niespodzianka”- ten sms był naprawdę tajemniczy. Szybko wystukałam na klawiaturze odpowiedź:
„Cześć. U mnie źle, wręcz paskudnie. Jesteś mi zupełnie obcy, ale wiesz, jak ja mam na imię. Jak mam się do ciebie zwracać?”
Odpowiedź przyszła błyskawicznie:
„Może Wyśniony? Choć na chwilę mogę poczuć się jak w niebie, myśląc, że tak do mnie piszesz i tak myślisz.”
„Niech ci będzie, Wyśniony”- odpisałam.
„Czemu jest ci źle?”- odpisał.
„Za dużo opowiadania, nie mam dziś na nic siły.”
„Rozumiem. Wypocznij. Żegnam się. Pa!”
Wyśniony był naprawdę dziwny. Schowałam z powrotem telefon i weszłam do pokoju. Tam zobaczyłam coś, co wprawiło mnie w osłupienie. Na łóżku leżał bukiecik pomarańczowych tulipanów. Było ich dokładnie- po przeliczeniu- dwanaście. Dwanaście ślicznych, aromatycznych kwiatów. Może to Paul? Wiedziałam, że moje myśli są absurdalne, ale wmówiłam sobie, że ich nadawcą był Paul i zaczęłam sobie wyobrażać, że ich dotykał, kupował, dawał mi. Ale zaraz, zaraz…. Jak nadawca dostał się do mojego pokoju? Zobaczyłam, że na łóżku leży również miniaturowy bilecik.
„Nie wiem, jak to powiedzieć. Dwa słowa, dziewięć liter, piękna dziewczyna i…. Szok. Podpisano: S.R.MQ”.




_________________________
I jak? Mam nadzieję, że w miarę przypadł do gustu.... Przepraszam za wszelkie nieobecności, starałam się je nadrobić! :3


Mam w zanadrzu kilka zdjęć głównej bohaterki, o której losach czytacie. Jest to siedemnastoletnia Rose.
Zapraszam do komentowania ^^
  • awatar ( ηιε ωιασοπο κτο ): ładne ładne xD ^w^ pisz kolejne bo się wkręciłam*-*
  • awatar Welcome to Hell . ♥: Dziewczyno to jest wspaniałe.
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Omg! Najwspanialszy rozdział :):*. Dziękuję ci za trud włożony w to dzieło, aż się czytać chcę <3. Łaaał ...! Och, niech ta Rose przestanie tak zachwycać się Paulem, nie wiem co w nim widzi... :/ xD Zakładam, że ten "Wyśniony", jak i zarówno kwiaty są od Stevena , ale przekonam się w następnej części. :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Do zdjęć pozował nieziemsko przystojny facet z telebimu! Miał idealnie nastroszone, ciemnoblond włosy i skupioną, aczkolwiek niezwykle seksowną minę. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach zorientowałam się, że pozuje z dziewczyną, która wystąpiła u jego boku na plakacie.
-Rose?- usłyszałam. Wtedy zauważyłam, że na planie zdjęciowym znajdował się również Steven, który właśnie szedł w moją stronę.
-O, Steven. Cześć- powiedziałam lekceważącym tonem. Byłam skupiona na nieznajomym bożyszczu który właśnie rozmawiał z ciemnowłosą, a po chwili sięgnął po kubek z logo serialu.
-Ale zbieg okoliczności! Super, że się spotkaliśmy, prawda? Chociaż szkoda, że u mnie w pracy, ale przynajmniej możesz poobcować trochę z filem, szczególnie, że chodzisz na kółko teatralne- Steven gadał, jak nakręcony.
-Miałeś mieć wolne do niedzieli. Tak mówiłeś- dodałam.
-Och, tak, miałem mieć, ale zwołali nas wcześniej. Niby mamy wolne, a jednak trzeba mieć rękę na pulsie, bo mogą wezwać, bo wiesz warunki atmosferyczne, a jak coś trzeba kręcić na dworze to…- początkowo starałam się go słuchać, ale po chwili kompletnie się wyłączyłam. Zaczęłam śledzić wzrokiem poczynania tego słodkiego mężczyzny. Był naprawdę cudowny. Mimo, że zazwyczaj jestem odporna na wszelkie męskie wdzięki, to akurat tu musiałam przyznać się do swojej słabości. –O, widzę, że patrzysz w kierunku moich znajomych. Chcesz ich poznać?- zapytał, a kiedy pokiwałam głową, lekko posmutniał. Podszedł wraz ze mną do dwójki aktorów.
-Nina, Paul, poznajcie moją przyjaciółkę. To jest Rose.
-Cześć- Nina uśmiechnęła się i uścisnęła mi dłoń.
-Hej- powiedział, jak się okazało, Paul. Uścisnął mi rękę, a mną, o zgrozo, wstrząsnął dreszcz. – Widać, że Stevie poznał sobie wreszcie jakąś dziewczynę. Robi do ciebie naprawdę maślane oczy- zaśmiał się Paul, a ja aż zadygotałam. Miał niesamowity, lekko metaliczny, śmiech. Twarz Stevena przybrała ciemnoczerwony odcień.
-Nina!- zawołał ktoś z korytarza.
-Wybaczcie, zostawię was- uśmiechnęła się, po czym wyszła.
-No to ja też pójdę. Muszę jeszcze zadzwonić- dodał Paul.
-Pozdrów Torrey- dodał Steven.
-Jasne.
„Kto to jest Torrey?”- kołatało mi w głowie. Chciałam zapytać o to Stevena, ale ten złapał mnie za rękę i pociągnął do innego pokoju. Byłam zdziwiona tym gestem, ale również zirytowana. On poważnie się do mnie przystawiał! Udając, że jestem pochłonięta truchtaniem, wyswobodziłam swoją dłoń z jego uścisku tak, że nawet tego nie poczuł.
-Tam jest twoja grupa- wskazał brodą kilka dziewczyn i dwóch chłopaków, patrzących na ładną blondynkę i umięśnionego, czarnowłosego faceta. Chyba była jakaś scena miłosna, bo robili do siebie słodkie oczy i wzdychali teatralnie, raz po raz stykając się dłońmi. Patrzyłam na aktorów, choć myślami byłam przy nowo poznanym Paulu. Był taki przystojny! W dodatku miał piękny, męski głos, śmiał się tak charakterystycznie, miał tak hipnotyzujące spojrzenie, że uginały się pode mną nogi. Już na samo wspomnienie jego oczu, głosu czy wyglądu, robiło mi się słabo. Kiedy myślałam o nim, totalnie wyłączałam się ze świata realnego. „Boże”- pomyślałam ze zgrozą. –„Czy ja się właśnie zakochałam? Na tym to polega?”- zadawałam sobie w głowie setki pytań. Jak to było być zakochanym? Skąd miałam to wiedzieć, skoro nigdy tego nie doświadczyłam? „Nie, nie nie! Nie mogę się zakochać!”- myślałam, kręcąc przecząco głową. W końcu jedna z moich zasad brzmi- Rose Timothy się nie zakochuje. Nie i już!
-Hej, kontaktujesz w ogóle?- trąciła mnie Marta. Nie znałam jej za dobrze, wiedziałam jedynie, że chodzi ze mną na te idiotyczne zajęcia oraz to, że jest Polką.
-Tak- wymamrotałam i rozejrzałam się wokół. Teraz w sali panował szum. Już nie robiono zdjęć poprzedniej parze. Gdzieś w kącie zamajaczyła mi Julie, która coś skrobała w scenariuszu. Poczułam się jak w stop klatce, którą musiałam wyłączyć i zająć się czym innym, niż bujanie w obłokach.
-Grupa już poszła- stwierdziła, zgodnie z prawdą, moja rozmówczyni.
-Wiem, wiem. Za sekundę dołączę- machnęłam ręką w nieokreślonym kierunku. Marta zrobiła dziwną minę, ale po chwili wyszła z pomieszczenia. Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące. Wyszłam na korytarz, lecz zamiast dołączyć do grupy, ruszyłam w przeciwnym kierunku. Zaczęłam po kolei zaglądać do każdego pokoju. W pierwszych sześciu były robione zdjęcia, ale, na moje nieszczęście, Paul nie był wśród fotografowanych. Dopiero idąc na drugie piętro, zauważyłam, ze stoi przy schodach i rozmawia przez telefon. W chwili, kiedy zbliżyłam się na odległość około dwóch metrów, skończył połączenie.
-O, hej- powiedział, a ja poczułam, że żołądek wywraca pokaźne fikołki w moim brzuchu.
-Yyy.. hej- zająknęłam się.
-Nie jesteś z grupą?- powiedział, a ja zaczęłam się leciutko trząść. „Weź się w garść”- uspokajałam się. –„Nie tak zachowuje się Rose. Rose teraz właśnie wypowiedziałaby jakieś luźne zdanie, które gładko podtrzymałoby rozmowę. Taka właśnie jest Rose”- słowa, wypowiedziane w duchu, zadziałały na mnie stymulująco, bo odparłam:
-Znudziło mi się to łażenie z grupą. Dawno się tak nie wynudziłam- ziewnęłam ostentacyjnie.
-Chodzisz sama? Przecież nie znasz tego miejsca- stwierdził Paul.
-Nie znam, to fakt, ale jakoś powinnam sobie poradzić. Chyba to nie jest takie wielkie, na jakie wygląda, co?- oparłam ręce na biodrach, przyjmując stabilniejszą pozę. Czułam, że jak mocniej nie przywrę do podłogi, to zaraz się przewrócę.
-Jest wielkie- Paul podrapał się po idealnych włosach. –Oprowadzić cię?
-Hmm… OK- początkowo udawałam lekkie znudzenie, ale nie wytrzymałam długo i po sekundzie wyraziłam zgodę.
-Tędy- mój rozmówca wskazał dłonią na potężne, drewniane schody.
Chodziliśmy po budynku, zaglądając do różnych sal i podziwiając różnorakie ujęcia. Nie to mnie jednak obchodziło. Wodziłam wzrokiem za moim towarzyszem i rozpływałam się nad jego pięknem. Po jakimś czasie natknęliśmy się na grupę, której liderem była Gemma. „O zgrozo”-pomyślałam z ironią, patrząc na uśmiechniętą, od ucha do ucha, Gemmę, której loki rytmicznie podskakiwały.
-Paul!- krzyknęła i podbiegła do nas. Rzuciła się mu na szyję, a ja miałam ochotę zdjąć tą głupią przylepę i wyrzucić przez okno.
-Cześć, Gemmy, ale wyrosłaś. Ostatnio widziałem cię chyba, jak zaczynałem tu pracować- uśmiechnął się delikatnie – Gemmy?! Co to za durny skrót?! Miałam ochotę uderzyć ją w głowę, żeby wreszcie się uciszyła.
-No, cztery lata temu, jak to dawno!- roześmiała się.
-Miałaś zaledwie….- zastanowił się.
-Trzynaście lat- dokończyła Gemma.
-Dokładnie. Ale byłaś gówniarą- powiedział i oboje zaczęli się śmiać.
-Gem!- zawołała z oddali jakaś wizażystka. –Mama się na chwilę woła!- no, jak widać, Gemmy miała tu pełno znajomości.
-Och, Paul, muszę lecieć- powiedziała słodko. Na nim jednak nie zrobiło to powalającego wrażenia, bo jego wargi jedynie delikatnie wygięły się w coś na kształt uśmiechu.
-Jasne, pa!- powiedział.
-Może jak będę miała czas to zadzwonię- uśmiechnęła się, a ja już wiedziałam, co robić. Miałam plan i nie mogłam go schrzanić.
***
Weszłam do domu cała w skowronkach. Jak się okazało był już tam Max.
-Och, Różyczko, co ty w takim wyśmienitym humorze?- zaśmiał się, bo doskonale wiedział, jak nie trawiłam tego „Różyczko”.
-A tak jakoś. Fajną masz pracę. I fajni ludzie tam pracują.
-Och, tak. Dzięki. Ale wiesz co… Ja coś zauważyłem!- powiedział, wkładając sobie do ust piankę Marshmallow. Zanurkowałam ręką w paczce, w poszukiwaniu różowej- mojej ulubionej. Kiedy już zaczęłam ją żuć, zwróciłam się do brata:
-Kiedy coś zauważyłeś?
-Dziś na planie filmowym…- odparł tajemniczo, opychając się piankami.
-O kim mowa?
-O tobie, Różyczko, o tobie- zignorowałam jego zaczepki; byłam zbyt ciekawa, o co mu chodzi.
-Więc co zauważyłeś?
Jednak Max wcale nie miał zamiaru mi odpowiadać.



_______________________
Hej jest nowy! I kilka informacji:
1) przepraszam za opóźnienia, ale jak mówiłam, ten tydzień był koszmarny- codziennie sprawdziany, wczoraj miałam koncert, dziś nagrywałyśmy z przyjaciółkami teledysk na zaliczenie zajęć filmowych- ciągle coś . Więc przepraszam.
2) Zaległości na Waszych blogach nadrobię jutro dopiero, również przepraszam.
3) Spóźnione życzonka z okazji Dnia Kobiet


Jak ie uwagi o rozdziale?
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Uwag nie można dopatrzyć się żadnych! Piszesz zbyt perfekcyjnie :D :P. Ach, co ta Rosie wykombinowała? I jakoś bardziej podoba mi się Steven, a nie ten cały Paul.
  • awatar Expirion †: Wybaczam i czekam na kolejny.Uwag nie mam..Chociaż nie..Jedną niewielką...Dlaczego urwałaś w tak boskim momencie,ja się chcę dowiedzieć co było dalej no..;_; Poza tym jest cudne. *U* :*
  • awatar kamilkaaa <3: Fajne :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Środowy poranek zaczął się normalnie, tj. źle. Kiedy otworzyłam oczy i pozwoliłam sobie na chwilkę leniuchowania, zanim wstanę, uzmysłowiłam sobie, że dziś już trzeci dzień z rzędu mam udawać słodką Rosie. O nie! „Miarka się przebrała”-pomyślałam, odrzucając kołdrę.
-Ludzie, powraca NORMALNA Rose- mruknęłam sama do siebie, idąc do łazienki.
***
Wchodziłam do autobusu ponura jak chmura gradowa. Musiała to zauważyć Hayley, bo widocznie uwolniła się ze swojego małego światka i usiadła koło mnie.
-Czemu jesteś taka smutna?- zapytała na wstępie.
-Za dużo cukru- jęknęłam. Czułam się, jak po traumatycznym przeżyciu. No, dość, czas się uspokoić i powrócić do świata żywych i normalnych ludzi. W końcu udawałam tylko przemiłą dziewczynę, to nic wielkiego. Niby nic, a jednak. Hayley zrobiła pytającą minę. –Właściwie, to nic się nie stało. Po prostu nie chciało mi się wstawać do tej głupiej szkoły i tyle- gładko skłamałam, opadając na siedzenie.
-Aha- odpowiedziała, jak zwykle, dość bezbarwnym tonem. Patrzyła prosto przed siebie. Zauważyłam w jej bursztynowych oczach niewypowiedziany smutek.
-Hayley?- postanowiłam jakoś zainteresować się jej sprawami. W końcu nie mogłam wiecznie chodzić sama po tej upiornej szkole.
-Hm?- mruknęła.
-A ty czemu jesteś smutna?
-Ja?
-Nie, Vladimir Putin!- powiedziałam z ironią, ale zaraz się opanowałam:- Przecież widzę.
-Za dużo mówienia, nie należę do osób wywlekających takie rzeczy- powiedziała.
-Ja też nie, ale możesz mi powiedzieć.
Nie zrobiła tego. Początkowo poczułam irytację- zainteresowałam się, a ona mnie olała, ale z drugiej strony, ja bym pewnie postąpiła podobnie. Przestałam na nią naciskać już przy pierwszej odmowie. Nie chce mówić- proszę bardzo.
***
Dzień mijał w miarę spokojnie, zważywszy na to, że znów mieliśmy spotkanie koła teatralnego. Nienawidziłam Gemmy Plec i jej chorego grafiku. Teoretycznie zajęcia powinny odbywać się w piątki, ale Super Przywódczyni Stada co chwilę miała dla nas jakieś „niespodzianki” czy też „wspaniałe wieści”. Tak też miało być dzisiaj.
Długą przerwę spędziłam w stołówce, jedząc obiad. Usiadłam samotnie na swoim ulubionym miejscu- przy małym, okrągłym stoliku, obok okna i automatu z napojami. Rozmyślałam właśnie nad wczorajszym, idiotycznym wybrykiem Stevena, kiedy ktoś wyrwał mnie z zamyślenia.
-Ros?- odezwał się nade mną. Już chciałam rzucić standardowe pytanie „Steven?”, jednak podniosłam wzrok i ujrzałam, że nade mną stoi Louis.
-Siemka. Co ty tu robisz?
-Tak sobie przyszedłem- powiedział, jednak jakoś bez przekonania. –Wolne? –wskazał na krzesło obok mnie. Kiwnęłam głową z aprobatą. Louis przysiadł się i oparł ręce na łokciach. Chwilę przyglądał się krajobrazowi za oknem, aż w końcu zapytałam.
-Chyba nie przyszedłeś tutaj, aby się po prostu dosiąść, co?- powiedziałam, wyraźnie akcentując przedostatnie słowo. Wiedziałam, że miał jakąś konkretną sprawę, ale nie umiał się przyznać. Po prostu to czułam. Nie myliłam się.
-No…- podrapał się po czarnej czuprynie. –Chciałem pogadać.
-O czym?- mruknęłam znudzonym tonem, choć w głębi duszy ciekawiło mnie, w jakiej sprawie przyszedł.
-Raczej o kim- spojrzałam na niego, a on wyraźnie spąsowiał na twarzy.
-Więc…?- zachęciłam go. Louis wziął głęboki oddech i zaczął mówić.
-Przyłapałaś mnie i Hayley na pocałunku, wtedy w szpitalu, prawda?
-Mhm- przytaknęłam. –To było niezłe- uśmiechnęłam się lekko.
-Ale nie bez powodu. Ja z Hayley byliśmy ze sobą od początku tamtego roku.
-Naprawdę? Hayley i chłopak? Dziwne. Nie! Nieprawdopodobne- to słowo najlepiej pasuje.
-Ale naprawdę. Chodziliśmy ze sobą przez półtora roku, a potem… Potem ze mną zerwała, nie wiem czemu. Nadal ją kocham, wydaje mi się, że ja też nie jestem jej obojętny, bo wiesz.. pocałowaliśmy się. Ona nie zaprotestowała.
-OK, OK- powiedziałam, podnosząc ręce w geście kapitulacji. Nie miałam ochoty słuchać o miłosnych uniesieniach Louisa i Hayley. –Tylko po co mi to mówisz?
-Bo chcę, żebyś jakoś na nią wpłynęła- powiedział, wbijając wzrok w stół.
-Ja?- byłam szczerze zdziwiona. Dawno nie rozmawiałam z Hayley, nie licząc porannej wymiany zdań.
-Proszę cię. Wybadaj grunt.
-Co?- „w co on pogrywa?”- zastanawiałam się.
-Proszę cię tylko o to, żebyś zapytała Hayley, czy no wiesz… Czy mnie kocha. Resztą zajmę się ja. Pomożesz?
Popatrzył na mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczami, a mi zrobiło się go szkoda. Hayley była fajną dziewczyną, ale jakoś nie widziałam jej u boku Louisa, mimo, że byłam świadkiem ich pocałunku. W ogóle nie wyobrażałam sobie Hayley u boku kogokolwiek. Ona po prostu żyła sama ze sobą, w swoim małym światku. Nawet nie wiem, kiedy skinęłam głową. Cóż, mam na głowie nowy problem. Będę swatką!
***
Na zajęcia teatralne szłam jak na ścięcie. Ostatnie, czego chciałam, to właśnie tam być. Kiedy weszłam, na scenie stała już Gemma. Musiała być czymś bardzo podekscytowana, bo raz zacierała ręce, raz klaskała, uśmiechała się promiennie, emanując radością. Bez entuzjazmu podeszłam do sceny, gdzie zebrała się cała gawiedź.
-Czy są już wszyscy?- zapytała Gemma.
-Najwyraźniej tak- odpowiedziała p. Monica, lustrując wzrokiem listę obecności.
-Mam dla was wspaniałą, ale to wspaniałą niespodziankę!- powiedziała donośnym głosem. Po sali przebiegł szum podniecenia; słychać było pomruki „jaką?”, „o co chodzi?”. Gemma najwidoczniej chciała potrzymać wszystkich w niepewności, bo zrobiła teatralną pauzę, aby po chwili znów podjąć przerwany wątek:- Załatwiłam naszemu kółku teatralnemu wspaniałe warsztaty na planie serialu… uwaga uwaga… „Pamiętniki wampirów”!- pisnęła i zaczęła podskakiwać na scenie, jak pluskwa. Większość osób zrobiła to samo. Słychać było piski, wrzaski i skandowanie imienia Gemmy.
-Ależ wspaniale!- krzyczała Allie, przytulając jednocześnie dwie przyjaciółki. Choć zdążyłam polubić ją i Rachel, to dziwiła mnie ich dwulicowość. No, ale każdy pierze swoje brudy u siebie, nie miałam zamiaru nikogo konfrontować.
-Więc tak. Kilka spraw organizacyjnych- zaczęła, podniecona do granic możliwości, Gemma. –Warsztaty będą trwały miesiąc. Będziemy chodzić na plan filmowy różnie, zależy od tego, jak mama pozwoli nam wejść- zachichotała. –Ale fajnie! Ubierajcie buty, bierzcie kurtki i… Idziemy!
Uczestnicy zajęć zaczęli wysypywać się z pomieszczenia. W powietrzu dało się wyczuć ich podekscytowanie. Sama również odczuwałam lekkie podniecenie, choć nie przyznałabym się do tego otwarcie. W sumie wizyta na planie filmowym to lepsze niż siedzenie i patrzenie na Gemmę wywijającą na scenie. Dobre i to.
***
Po dziesięciu minutach wsiadaliśmy już do metra, aby po niespełna trzech kwadransach wysiąść na stacji. Wyszliśmy z tunelu i wtedy naszym oczom ukazał się monstrualny telebim. Na jego górnej części widniał wielki, krwisty napis „The Vampire Diaries”, natomiast połać plakatu zajmowało zdjęcie trzech postaci- ciemnowłosej dziewczyny, w otoczeniu dwóch mężczyzn. Byli naprawdę przystojni. Jeden, na oko starszy, miał czarne włosy i niebieskie oczy oraz seksowny zarost, natomiast drugi- piaskowe, nastroszone włosy i skupioną minę. Patrzyłam na telebim, lecz po chwili ktoś trącił mnie w ramię.
-Uważaj…- już chciałam dodać jakieś nieprzyjemne słowo, kiedy zorientowałam się, że zaczepiła mnie Rachel.
-Idziemy już- uśmiechnęła się. Ostatni raz spojrzałam na plakat i ruszyłam za grupą. –Widać, że spodobał ci się Stefan i Damon.
-Kto?
-No, ci faceci z plakatu. Oglądam ten serial. Są nieziemscy, ale wiadomo.. Tacy niedostępni-westchnęła Rachel. W odpowiedzi usłyszała tylko moje milczenie.
Weszliśmy do wielkiego budynku. Zostaliśmy podzieleni na grupy. Grupa, w której się znalazłam, miała iść oglądać scenę jakiś dwóch facetów i kobiety. Weszłam i oniemiałam. To co zobaczyłam, wywarło na mnie naprawdę spore wrażenie.


__________________
Witajcie Jest więc nowy. Przepraszam za moją nieobecność, ale miałam sporo obowiązków w szkole.
Sprawdziany, kartkówki -.-' Istny młynek..
No, ale powracając do rozdziału- jak Wam się podoba (jeśli w ogóle komuś przypadł do gustu).
Rozdział dedykuję wszystkim, którzy czytają mój blog i komentują. Jesteście kochane ♥ Poza tym dziękuję, że miarowo zwiększa się, dzięki Wam, liczba odwiedzin. nawet nie wiecie, ile sprawiacie mi tym radości. Dziękuję, dziękuję, dziękuję ♡ ♡ ♡
  • awatar kamilkaaa <3: Fajne :D
  • awatar Nereitte: Świetny <3 Ja już chcę następny rozdział... ;p
  • awatar Szalona Wredotka ♥: Witaj , Witaj :* Spoczko , rozumiem.. ;) Świetny ten nowy rozdział! Podoba mi się bardzo :) oby tak dalej! :D nie masz za co dziękować, naprawdę :P :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Wsiedliśmy do samochodu Stevena, zaparkowanego nieopodal mojego domu.
-Dokąd jedziemy?- zapytałam na wstępie. Słodka wersja mnie jest przecież dociekliwa i cudowna aż do obrzydzenia. Musiałam jednak zachować pozory.
-No, nie mogę ci powiedzieć- odparł. Postanowiłam wprowadzić kolejną część planu w życie. Wysunęłam samochodowe lusterko i, z premedytacją, zaczęłam pocierać, niedawno łzawiące, oczy. – A właśnie, miałaś mi powiedzieć.
-Hm?- mruknęłam, pochłonięta czynnością.
-No, czemu płakałaś? Jak przyszedłem byłaś w rozsypce.
-Ach, głupio mówić- zaśmiałam się sztucznie, a słysząc własne chichotanie, miałam ochotę zwymiotować.
-No, powiedz…- nalegał.
-Och, głupio mi, ale… Oglądałam tą waszą produkcję,te „Pamiętniki wampirów” no i… wzruszyłam się- pociągnęłam nosem i uśmiechnęłam się łagodnie. Boże Święty, że też niektóre dziewczyny mogą tak się zachowywać naprawdę… Mało tego, faceci na to lecą. Steven najwidoczniej także, bo wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-Naprawdę? Podoba ci się?
-Jasne, fajny serial.
-A ulubiona postać?
-Może… hmm.. Damon? – droczyłam się z nim. –Chociaż Jeremy jest niczego sobie- uśmiechnęłam się, bo dobrze wiedziałam, że Steven, serialowy Jeremy, tylko czeka, aż powiem, że to właśnie jego rola mnie urzekła.
-A więc Jeremy? Ale super!- ucieszył się jak dziecko. Nagle jednak nieco spoważniał. Zaparkował i odpiął pas bezpieczeństwa. –No, koniec podróży. Wysiadamy?
-OK.
Tak też zrobiliśmy. Wyszliśmy na zewnątrz. Staliśmy przed bramą parku. Och, typowe. Chce mnie poderwać na jakieś ławki pod cienistymi drzewami, czy inne tanie chwyty. Może to i lepiej? Zaskarbię sobie jego sympatię i uznanie, a jest mi to potrzebne.
-Park?- zapytałam z lekką ironią i natychmiast się opanowałam. Słodka Rosie tak się nie zwraca, nie uśmiecha się półgębkiem ani nie drwi z niczego i nikogo! A szkoda,bo bardzo nie odpowiadała mi ta nudna wersja mnie.
-Tak. Mam w planach spacer i mini niespodziankę.
Weszliśmy do parku. Udawałam zachwyt nad złocistymi liśćmi i wiewiórką, którą ujrzeliśmy, biegającą po ściółce. W rzeczywistości najchętniej dałabym nogę do domu.
-Rose, słuchasz mnie?- Steven wyrwał mnie z zamyślenia.
-Yy… no… Nie. Przepraszam, zamyśliłam się- zrobiłam słodkie oczy, co najwidoczniej podziałało na mojego towarzysza, bo na jego twarzy znów zagościł ten sam szeroki uśmiech.
-OK, nie ma sprawy. Mówiłem o tym, że właśnie mam wolne do niedzieli i pomyślałem sobie, że moglibyśmy się częściej spotykać.
-Mhm…- mruknęłam, kopiąc kamyczki turlające się po chodniku.
-Wiesz, Rosie?
-Hm?
-Ja nic o tobie nie wiem- powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.
-Hmm, nie wiesz, bo znamy się bardzo krótko, nie sądzisz?
-To fakt, ale nie chciałabyś się czegoś dowiedzieć?- widać nie zamierzał odpuścić.
-Mogę się dowiedzieć- uśmiechnęłam się.
-Usiądziemy?- zaproponował. Tak jak myślałam- podryw na ławkę. Pewnie zaraz złapie mnie za rękę i… - Rose?
-Tak?
-Znów mnie nie słuchasz.
-A, tak. Przepraszam. Siądźmy.
Rozmawialiśmy dobre czterdzieści minut. Starałam się skierować rozmowę na tory jego współpracy z Julie Plec, ale niestety, on opowiadał mi tylko jakieś farmazony dotyczące jego dzieciństwa, ulubionych potraw i napojów, swoich przyjaźniach itp.
Po skończonej rozmowie, mój towarzysz zaproponował, abyśmy pokarmili kaczki i łabędzie, pływające w stawie. Oczywiście, posiadał zapas chleba. Chociaż trudno w to uwierzyć, wciągnęłam się w tą czynność. Z zapałem urywałam kęsy i rzucałam je ptakom, które z ochotą podpływały do frykasów. Po chwili zorientowałam się, że Steven stoi ,jak słup soli, patrząc na moja zachowanie.
-No co?- oparłam ręce na biodrach. –Sam chciałeś karmić kaczki.
-No wiem, wiem. Ładnie wyglądałaś, jak byłaś czymś tak pochłonięta- rozmarzył się.
-Dziękuję- postanowiłam zakończyć tą głupią gierkę i przejść do sedna sprawy. –A wiesz, że mój brat współpracuje z Julie Plec?
-Naprawdę? W jakim serialu?
-No, w waszym, w „Pamiętnikach…”
-Ale fajnie! Nie poznałem go! Czym się zajmuje?
-Jest scenarzystą.
-Jak się nazywa?
-Maxwell Timothy.
-Znam go! Och, nie miałem pojęcia, że to twój brat!
-No, opowiadał mi o tej producentce, Julie, że jest taka miła… Jaka ona jest twoim zdaniem?
-Och, bardzo sympatyczna. Ale raczej spytaj brata, bo ona cały czas z nim ustala sceny, chodzą gdzieś razem, poprawiają coś, rozmawiają. Wiecznie zajęci. Ale numer z tym bratem, no!- Steven cieszył się jak dziecko, ja- wręcz przeciwnie. Kopnęłam leżący nieopodal kamyk, który z pluskiem wpadł do wody. Wyjęłam telefon z kieszeni i popatrzyłam na zegarek.
-Och, zrobiło się nieprzyzwoicie późno- pisnęłam.–Muszę wracać do domu.
-Już? Jest zaledwie wpół do ósmej.
-No tak, ale muszę… odrobić lekcje, przygotować się do szkoły, wiesz, ja nie mam wolnego, jak ty- gładko skłamałam.

Niebawem byliśmy już pod moim domem. Siedzieliśmy chwilę w aucie. Zaczęłam mocować się z pasem, ale za Chiny nie mogłam go odpiąć.
-Daj, pomogę ci- Steven nachylił się do mnie i oboje majstrowaliśmy przy felernym pasie. W końcu się udało i byłam wolna. Steven nadal nachylał się w moją stronę. Patrzył mi głęboko w oczy, a ja uniosłam brwi ze zdziwienia.
-No.. to ja idę- powiedziałam.
-Zaczekaj- dodał, a ja zrobiłam pytającą minę. Wtedy Steven przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Zaraz, Rosie, co ty robisz? Halo, ziemia do Rose! Całujesz się Steven, twoim nowo poznanym, natrętnym kolegą! Musisz od niego wyłudzić informacje, a nie zajmować się jakimiś czułymi gestami! Jakiś głos krzyczał w mojej głowie i nawoływał do zaprzestania, ale ja siedziałam bez ruchu. Nie odwzajemniałam pocałunku, ale nie odsunęłam się, co było zachętą dla zalotnika, że chcę jeszcze. Kiedy przestał, odsunęłam się od niego oszołomiona.
-Rose...- powiedział, ale zwyczajnie dałam nogę. Wybiegłam z samochodu, nie patrząc wstecz. Bo jak mogłam po czymś takim jeszcze na niego patrzeć?! Nie zakochałam się w nim! Rose Timothy się nie zakochuje!





___________________________
Witajcie, jest nowy, jak widać Przepraszam,że jest jakiś taki... beznadziejny, ale opuściła mnie wena twórcza -.-'
Jak wrażenia, jeśli w ogóle jakieś wywarłam?♥♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Wróciłam do domu. Byłam w wyśmienitym humorze. Oczekiwałam Maxa , ale zamiast niego, zastałam na kuchennym blacie liścik. „Hej, Ros! Wrócę do domu około dwudziestej. Jestem na spotkaniu, nie gniewaj się. Obiad w lodówce, Max XXX” – tak brzmiała jego treść. Poczułam nieskrywaną radość- dziś wszystko szło po mojej myśli! Przecież Max nie może zobaczyć, co wyprawiam, bo pomyślałby, że mam nie po kolei w głowie. Pobiegłam do pokoju, żeby po chwili wrócić z laptopem. Postawiłam go na jadalnianym stole i otworzyłam klapę. Uruchomiłam Internet. Teraz pozostawało tylko dostać się na stronę tego serialu. Jaki to był tytuł? A tak! „Pamiętniki wampirów”! Swoją drogą, co za idiotyczna nazwa filmu. Wpisałam pożądaną frazę w wyszukiwarce i po sekundzie wyskoczyły mi tysiące propozycji. Wybrałam pierwszą- uważałam, że zawsze jest najbliżej szukanego celu. Zostałam skierowana na centrum fanów serialu „The vampire diaries”. Matko Boska, kto zakłada centra fanów? Jakie to żałosne. Przeszukałam wzrokiem informacje o tej produkcji- bingo! Producent: Julie Plec. Pod nazwiskiem istniała informacja: zobacz producentkę TVD* na facebooku! „Ha, nie mogłam lepiej trafić”-pomyślałam, logując się na portalu. Wchodząc na profil Julie, zastanawiałam się, jaka ona jest i co jest w niej takiego, że podoba się Maxowi? Przecież nie była nawet ładna. Może była miła, ale żeby od razu się zakochać? Miłość bywa ślepa. „Ale spokojnie, Maxie. Do czasu, do czasu…”- pomyślałam i uśmiechnęłam się do otwartej strony. Zaczęłam wyszukiwać wszelkie informacje, które zapisywałam w malutkim notesiku, aż w końcu wpadłam na pomysł, aby znaleźć na facebooku Gemmę. Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam? Ostatnio byłam jakoś ciężko kapująca. Gemma na swoim profilu miała drzewo genealogiczne. Oprócz swoich koleżanek (m.in. Allie i Rachel), które miała zapisane jako siostry albo żony, miała zaznaczoną Julie. Słowo „matka”, aż kuło mnie w oczy, więc szybko zamknęłam klapę komputera. Znalazłam już to, czego potrzebowałam. Następna część planu zmusiła mnie, abym zniżyła się do czegoś, czego nie zrobiłabym nigdy wcześniej, ale sytuacja wymagała poświęceń. Skierowałam się na schody. Idąc po nich, czułam narastające napięcie, tak jakby zaraz ktoś miał wejść do domu i mnie zdemaskować. Wreszcie znalazłam się przed upragnionym pokojem-biurem Maxa. Weszłam do pomieszczenia, a kiedy deski zaskrzypiały pod moim ciężarem, podskoczyłam z przerażenia. „Hej, Rose, spokojnie, nikogo tu nie ma”- uspokajałam samą siebie i szybko podeszłam do biurka. Zobaczyłam tam stos papierów i zdjęcie Julie. Tego było za wiele, nie mogłam dopuścić do tego, aby Max tak się zadurzył. Może jeszcze zacznie planować ślub, a mi powie po fakcie? Cóż, nie zdziwiłabym się. Z tą jego „miłością” wszystko jest możliwe. W ferworze złości, a może innych skrajnych emocji, podarłam zdjęcie na małe kawałeczki. Fotografię, a raczej jej pozostałości, schowałam do kieszeni. Przecież nie mogłam zostawić po sobie śladów. Zaczęłam przeszukiwać biurko. Znalazłam tam jakieś papiery, wyrwane kartki z notesu, numery telefonów, ale tego, czego szukałam, nie było. Nagle usłyszałam kroki na schodach. Max! Chciałam jak najszybciej wybiec z biura, ale on był już na górze! Co ja miałam robić?! Nie zastanawiając się długo, wskoczyłam do szafy. To było w stylu mojego brata- trzymał scenopisy wszystkich filmów w szafie, bo „mogą się jeszcze przydać”. Zawsze wyśmiewałam ten pomysł, ale teraz dziękowałam w duchu, że w pokoju znalazł się na tyle duży mebel, zdolny mnie pomieścić. Szafa była dość sfatygowana (pewnie kupił ją w jakimś tanim sklepie z antykami), a przez nadmiar scenopisów, w niej zawartych, nie domykała się do końca. Pozostawała mała szczelinka, przez którą widziałam dokładnie biurko, siedząc skulona między papierzyskami. Nagle usłyszałam kroki i po sekundzie zobaczyłam Maxa. Modliłam się w duchu, żeby nie zajrzał do szafy, ale tego nie zrobił. Stał tylko i przeglądał jakieś dokumenty, może czegoś szukał? Choćby zdjęcia, które przed minutą podarłam, a teraz trzymałam jego szczątki w kieszeni? Jednak fotografia nie była mu teraz potrzebna, bo po chwili do biura weszła Julie.
-Maxie…- zamruczała, a mnie zemdliło. Stopniowo coraz bardziej działała mi na nerwy, choć nie robiła nic, poza uwodzeniem mojego brata.
-Julie- rozpromienił się.- Myślałem, że poczekasz w kuchni i zrobimy sobie jakąś kawę, zanim wyjdziemy. Tak się stęskniłaś?- uśmiechnął się zawadiacko.
-No jasne, kochany- przytuliła się do niego.- Wątpiłeś w to?
-Przenigdy- pocałowali się. Na początku był to niewinny całus, ale po chwili zaczął on żyć własnym życiem. Coraz bardziej natarczywie się obściskiwali, na jego biurku! Po pokoju zaczęły latać jakieś papiery, które on, czy ona, nieopatrznie strącili, zaabsorbowani pieszczotami. Nie mogłam na to patrzeć. Po prostu czułam, że jeśli dłużej będę się temu przyglądać, to zacznę krzyczeć albo wyskoczę z szafy, a to byłoby zbyt wielkie upokorzenie. Max i Julie nie mieli chyba zamiaru tak szybko się stąd zwinąć, więc zaczęłam przeglądać jakieś kartki tak, aby nie za bardzo szeleścić, choć dam sobie głowę uciąć, że żadne z nich by tego nie usłyszało. Jak się okazało, w szafie znajdowały się nie tylko scenopisy. Zobaczyłam, że w kącie mebla leży pokaźny plik kartek, przewiązanych wstążką koloru gołębiego. Wyjęłam z kieszeni bluzy telefon i włączyłam latarkę. Wzięłam do ręki stos kartek. Po podświetleniu zorientowałam się, że są to listy. Bez namysłu odwiązałam tasiemkę. Wiem, to okropnie wścibskie i poniżej wszelkich norm moralnych, ale moje palce tak zaczęły mnie świerzbić, że nie mogłam się powstrzymać. Z przerażeniem odkryłam, że nadawcą jest… Julie. Jak to możliwe? Przecież znają się od niedawna, raptem od sierpnia! Zaczęłam czytać list, leżący na szczycie stosu. Moje oczy robiły się coraz większe i myślałam, że zaraz wyjdą mi z orbit.
„Najdroższy,
tęsknię za Tobą. Za Twoim uśmiechem, za Twoimi silnymi ramionami. Pragnę Ciebie. Jak się czujesz? Serce mi pęka, kiedy myślę, ile nas dzieli kilometrów. Ty tam, w Londynie, ja tu- w Chicago. Kiedy to piszę, jest u mnie czternasta, a więc u ciebie jest pewnie dwudziesta. Wiem dokładnie, co teraz robisz i ty pewnie wiesz, co ja robię. Tak cię kocham… Jesteś piękny i młody, a ja mam już dziecko na karku, mam nadzieję, że nie znajdziesz sobie innej, lepszej, MŁODSZEJ kobiety…
Nie pozwolę ci mnie opuścić, bo to prawda,
Bo za bardzo mnie lubisz i ja lubię ciebie.
Bo za bardzo mnie lubisz i ja lubię ciebie**.
Pamiętaj, Maxie. Kocham cię.
Twoja Julie
14.11.2007”
Zamarłam. Dalszych listów nie musiałam czytać. List był odebrany 6 lat temu, a więc Max miał szesnaście lat, a Julie trzydzieści! Ja miałam wtedy jedenaście lat, a więc Gemma również. Zdębiałam. Mój brat wciąż mnie okłamywał. Znał Julie od przeszło sześciu lat, a przedstawił mi ją raptem trzy tygodnie temu. Miałam ochotę krzyczeć. Wyjrzałam przez szparę w drzwiach szafy. Ani śladu Maxa, czy Julie. Mogłam wyjść. Z ulgą odkryłam, że Romeo i Julia już wyszli. Byłam wolna, mogłam swobodnie popłakać. Usiadłam na kuchennym blacie i pozwoliłam sobie na chwilę odpoczynku od powściągliwości. O dziwo, nie wiedziałam, że posiadam taki zasób łez. Płakałam i płakałam, a tusz spływał mi strumieniami po twarzy, lecz czy to było teraz ważne?
Kiedy poczułam się wewnętrznie pusta, usiadłam na zimnej, kuchennej podłodze. Nie czułam nic. Nie miałam nikogo. Brat mnie okłamywał, miał jakiś szalony, nastoletni romans, a ja nic o tym nie wiedziałam. Zabiera mnie na drugi koniec świata od jedynej osoby, którą lubiłam- od Abby. Teraz jestem tu, w tym zahukanym Chicago i nic nie mam od życia. Żadnej bratniej duszy. Za to on, ma high life i wielką miłość rodem z Werony. Chętnie bym się stąd wyrwała, ale gdzie mogła się podziać niepełnoletnia gówniara? Przecież nie miałam nikogo.
Myliłam się. Miałam kogoś, bo właśnie wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Nieogarnięta poszłam otworzyć- co mnie obchodzi, co o mnie myślą?
-Steven? A co ty tu robisz?- jak widać, był on już chyba wpisany w moją egzystencję, bo pojawiał się w chwilach moich słabości, a, o zgrozo, było ich coraz więcej.
-No jak to co?- wyszczerzył zęby w uśmiechu. Już miałam się skrzywić, ale przypomniałam sobie, że miałam być dzisiaj słodką Rosie.- Byliśmy umówieni. Jest siedemnasta.
Na śmierć zapomniałam o naszym spotkaniu!
-Och, już siedemnasta? A myślałam, ze szesnasta- zaśmiałam się sztucznie.
-Płakałaś?
-Nie… musiałam przemyć twarz i…- spojrzenie Stevena wskazywało, że wcale mi nie wierzy.- A, dobra. Powiem ci później- cmoknęłam w powietrze, imitując pocałunek. Świetnie mi wychodziło bycie słodką idiotką. – Przetrę tylko twarz i wychodzimy.

* TVD- „The Vampie Diaries”
** Nie pozwolę ci mnie opuścić, bo to prawda...- The Beatels „You like me too much”



_______________________
I jak? rozdział dedykuję wszystkim tym, którzy to czytają ♥ Dziękuję, że poświęcacie swój cenny czas, aby to czytać i w dodatku komentować, nawet nie wiecie, jak mi się japka cieszy, jak widzę, że mam jakieś odwiedziny. Dziękuję ♥
+polecam blog! http://wiecznasamotnosc.pinger.pl/- Lena pisze zaje... blog o Klarze i jej wstrząsających historiach. Kocham go czytać <3O

Tak w ogóle, jak wrażenia o rozdziale?
  • awatar Szalona Wredotka ♥: Megaaa! ;) Masz talent *,*
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Oo, ominęłam jeszcze ten rozdział, a tak myślałam, że coś przeoczyłam bo mi się nie zgadzało z XII :P. Dziękuję za polecenie. :* *KOCHANA* <3, meeeega rozdział, ciekawy :D. Ale farsa z tą Julie i Maxem. :P:P.
  • awatar Nereitte: Świetny rozdział! Już nie mogę doczekać się następnego :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
-Rose?!
-Steven?!
Znajdowałam się na środku ulicy, a przede mną stał czarny samochód, który oślepiał światłami. Najprawdopodobniej jego kierowcą był Steven, bo właśnie do mnie podszedł. W jego oczach lśnił obłęd.
-Boże, Rose! Rose, słyszysz mnie? Wsiądź ze mną do samochodu, dobrze?- nawet nie wiem, kiedy znalazłam się w pojeździe. Wtuliłam się w miękkie obicia foteli. Dygotałam z zimna. Nagle poczułam coś miękkiego na sobie. Z chęcią przyjęłam kurtkę Stevena. Samochód ruszył, a ja przymknęłam oczy. Nie wiedziałam, dokąd jadę. Może ja śnię? Właściwie, co ja przed chwilą zrobiłam i jak znalazłam się na ulicy?
***
-Rose?- poczułam, że ktoś delikatnie mną potrząsa. Otworzyłam oczy i uświadomiłam sobie, że zasnęłam w samochodzie Stevena przykryta jego kurtką! Co tu się dzieje?
-Co ja tu robię?- zerwałam się z miejsca.
-No, dziwna sytuacja.
-Jaka?
-Wracałem z waszej szkoły. Jechałem autem, miałem zielone światło i, ni z tego ni z owego, wyskoczyłaś na ulicę! Dałem po hamulcach no i zatrzymałem się kilkanaście centymetrów przed tobą- westchnął ciężko.- Otworzyłem drzwiczki samochodu i wyszedłem do ciebie. Stałaś na środku ulicy, to nawet nie były pasy, i dygotałaś z zimna. No tak, jest koniec września i nie wychodzi się tylko w T-Shircie na dwór, jak ty to zrobiłaś- uśmiechnął się.- Mało tego miałaś smużki tuszu wzdłuż całej długości twarzy no i chyba jeszcze pochlipywałaś- wysunęłam lusterko samochodowe. Steven się nie mylił. Byłam cała zapłakana. Wtedy poczułam, jakby otworzyła mi się zamknięta komora w mózgu. Przypomniałam sobie całą sytuację sprzed kilkudziesięciu minut. Pokłóciłam się z Maxem, a to wszystko przez tą Julie Plec! Dlatego tak płakałam i uciekłam z domu. Muszę pogadać z bratem. Steven najwidoczniej zauważył, że biję się z myślami, bo postanowił przerwać męczącą ciszę.
-Chcesz, abym cię gdzieś podwiózł?
-Jakbyś mógł, to do mojego domu- podałam mu adres, a on posłusznie ruszył. Podczas jazdy znów panowało niezręczne milczenie.
-Jesteś inna od wszystkich- odparł nagle mój towarzysz. Zrobiłam pytającą minę. – No, wszyscy reagują na mnie… dziwnie. Piszczą, proszą o autograf i takie tam...
-Nie rozumiem. Jesteś jakąś gwiazdą?
-Naprawdę nie wiesz? Wow, zadziwiasz mnie-uśmiechnął się szeroko.
-No, nie wiem, o co ci chodzi- czułam lekko narastającą irytację. Nie lubiłam gierek, w jakie zaczynał się bawić Steven.
-No, nie chcę się chwalić.. Jestem aktorem. Znanym. Gram w serialu „The vampire diaries”. Znasz?
-Nie- przyznałam zgodnie z prawdą. A więc poznałam aktora. Dobre i to, choć nie był tak sławny, jak choćby Brad Pitt, skoro nie słyszałam o nim ani słowa.
-Opowiada o młodej dziewczynie, która się zakochała w jednym z braci, ale potem drugi brat... Och, skomplikowana historia. Teraz mamy zdjęcia w Chicago, zresztą mamy je wszędzie. Dosłownie.
-Wszędzie?- podniosłam znacząco brwi.
-Och, tak! Wiesz…- zaczął, ale wypowiedź przerwał sygnał jego komórki. –Przepraszam- powiedział i odebrał telefon. –O, dzień dobry. Zapisałem. Naprawdę! No kurczę, będę musiał wrócić. No cóż. Hmmm, będę za około piętnaście minut. Absolutnie żaden. Do widzenia. Dzwoniła pani Monica Anderson- zwrócił się do mnie, jakby mnie to interesowało. –Zapomniałem jakiś głupich formularzy, więc muszę wrócić do waszej szkoły, ale najpierw cię odwiozę.
Około dziesięć minut później byłam już pod domem. Pożegnawszy się ze Stevenem, wysiadłam z auta. Kilka razy intensywnie potarłam twarz, aby nie było widać śladów łez, po czym weszłam do domu. Zdejmując buty w hallu, usłyszałam kroki Maxa.
-Rose?- widząc mnie, odetchnął z ulgą.- Gdzieś ty się podziewała przez ponad godzinę?!
-Nie twoja sprawa- burknęłam i już miałam skierować się na schody, kiedy brat przytrzymał mnie za ramię.- Hej, co ty..
-Płakałaś- stwierdził Max, wchodząc mi w słowo. Był bezbłędny, a wydawało mi się, że skutecznie zatarłam ślady.
-Nic ci do tego- próbowałam go wyminąć, ale mi nie pozwolił.
-Pogadajmy- powiedział i uśmiechnął się przepraszająco.- Zrobię herbatę.
-Byle nie melisę- mruknęłam, choć dobrze wiedział, jak jej nie znoszę.
Usiedliśmy w kuchni. Max zaczął mi opowiadać, że poznał Julie w pracy i od razu się w niej zakochał. Julie jest samotną matką, wychowującą córkę. Jej mąż zostawił ją, kiedy była w ciąży i wyjechał do Peru, Boliwii, a może Brazylii? Nie słuchałam dokładnie. Moje myśli krążyły wokół tego, że MÓJ brat ma romans z MATKĄ Gemmy! Wtedy wpadłam na genialny plan. Jeszcze nie wiem, jak go zrealizuję, ale muszę. Tego wymaga sytuacja. Wyłgałam się bolącym brzuchem i, udając zrozumienie sprawami sercowymi Maxa, uciekłam do swojego pokoju.
Rzuciłam torbę na łóżko i poszłam do łazienki. Miałam ochotę na długą kąpiel z olejkami i mnóstwem piany, rodem z melodramatów czy komedii romantycznych. Kiedy wróciłam z łazienki, zobaczyłam, że na wyświetlaczu mojego telefonu widnieje nowa wiadomość. Wzięłam komórkę do ręki i przeczytałam esemesa.
„Cześć Rosie. Co u ciebie słychać? Nawet nie wiesz, ile się napociłem, żeby zdobyć twój numer. Muszę go strzec jak oka z głowie. Miłego dnia XXX” –kto to mógł napisać? Bez namysłu wystukałam na klawiaturze: „Kim jesteś?”. Po minucie przyszła odpowiedź.
„Szczerze powiedziawszy, Twoim wielbicielem. Jesteś piękna, ale nie umiem ci tego powiedzieć w realu -.- ”
Nawiązała się konwersacja między mną a nieznajomym- czy może jednak znajomym?
„Louis?”- napisałam w pierwszym odruchu. W końcu był jedynym moim „kolegą”, z którym rozmawiałam. Szybko jednak zorientowałam się, że to, co napisałam, było doszczętnie głupie. Przecież Louis jest zakochany w Hayley.
„Nie. Możesz zgadywać, ale obawiam się, że jak to zrobisz, znienawidzisz mnie. Ne pytaj czemu”- odpowiedź przyszła błyskawicznie.
„Skąd masz mój numer?”
„Wyłudziłem go od Gemmy Plec”- tajemniczy numer odpisał Zaraz, zaraz. A skąd Gemma ma mój numer telefonu? Tak też napisałam w kolejnym esemesie.
„Też się dziwiłem, bo Gemma twierdzi, że jesteś paskudna (nie zgadzam się z nią!), ale powiedziała, że jak bawiła się telefonem Rachel Honneycut, to znalazła tam twój numer. Twierdzi, że się zdziwiła”- ja też się początkowo zdziwiłam, ale zaraz sobie przypomniałam, że przecież dałam Rachel i Allie mój numer, kiedy byłyśmy w galerii. Ale byłam głupia, mogłam się domyślić, że Gemma ma wgląd do ich komórek. Nadal jednak nie znałam odpowiedzi na pytanie- kim jest osoba, która do mnie pisze? Długo czekałam na odpowiedź, ale telefon milczał jak zaklęty.
***
Kładąc się spać, co chwilę zerkałam na wyświetlacz komórki, jednak wiadomość nie nadchodziła. Dotarło do mnie, że osoba, wcześniej korespondująca ze mną, dała sobie spokój. Czas przemyśleć plan. „Jutro postaram się dociec paru informacji”- pomyślałam, zamykając oczy. Dzisiejszy dzień nareszcie dobiegł końca.
***
Rano wstałam nadzwyczaj szybko. Postanowiłam udawać miłą dla Maxa, choć dalej chowałam urazę o ten romans z Julie. Dziś byłam dla niego słodką Rosie (jak to miał zwyczaju pieszczotliwie się do mnie zwracać). Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej byle jakie ubrania, podkreśliłam oczy, przeczesałam niesforne kosmyki, chwyciłam torbę i zeszłam na dół. Już na schodach poczułam kuszący zapach jajecznicy i bekonu. O wiele łatwiej będzie mi się udawało słodką siostrzyczkę, kiedy brat robi takie frykasy na śniadanie.
-Cześć !- wchodząc do kuchni, uśmiechnęłam się.
-Ooo, Rosie dziś w humorze?- odwzajemnił uśmiech, przerzucając zawartość patelni.
-Tak- siliłam się na naturalne zachowanie.- Kiedy śniadanko?
-Za trzy minuty. Masz dziś dobry czas. Nie zwlekałaś ze wstawaniem, no brawo!- zaśmiał się Max.
-Taaa… Wstałam szybciej.
Gawędziłam z bratem, aż do wyjścia na autobus. Dziś byłam miła, a przynajmniej musiałam taką udawać.
***
Już na przerwie śniadaniowej postanowiłam wprowadzić plan w życie. Zaciągnęłam Rachel i Allie w zaułek między szafkami uczniowskimi. Cudem udało mi się uniknąć konfrontacji ze strony Gemmy. Na szczęście, była ona zaabsorbowana szczotkowaniem swoich złocistych loków w łazience. Kiedy szeptałam dziewczynom tajniki planu, robiły coraz większe oczy. Chyba nie mogły w to uwierzyć; zresztą, ja również.
-To się może udać- szepnęła Allie i uśmiechnęła się.
-No to idziemy. Punkt pierwszy- uśmiechnęła się Rachel, łapiąc Allie pod ramię.
Plan pierwszy został wprowadzony w życie. Teraz pozostawał mi plan drugi-osobisty. Nie sądziłam jednak, że tak łatwo pójdzie jego start. Otwierając szafkę, usłyszałam powitanie:- Cześć- zrobiłam pytającą minę. Za mną stał czarnowłosy chłopak w dużej, bejsbolowej czapce i ciemnych ray-banach. Dopiero po chwili skojarzyłam, że to Steven.
-Ach, to ty- machnęłam ręką, ale zaraz się opamiętałam z lekceważącymi gestami. „Słodka Rosie tak nie robi”- skarciłam się w myślach.- Co tam u ciebie, Stevie?- zatrzepotałam rzęsami. Nawet nieźle mi to wychodziło, zważywszy, że nigdy wcześniej nie zniżałam się do takich zalotów.
Po krótkiej rozmowie, Steven zapytał:- Słuchaj, Rosie- „zaczął skracać moje imię!”- zaśmiałam się w duchu.- Może chciałabyś dziś wyskoczyć gdzieś na kawę?
-My we dwoje?- zapytałam, aby podgrzać atmosferę.
-No.. tak- jego policzki spąsowiały.- Znam fajne miejsce, gdzie nie będę musiał nosić tych idiotycznych gadżetów- wskazał na czapkę i okulary.
-Ach, tak. OK, niech będzie- uśmiechnęłam się.
-Dobrze, więc… Siedemnasta ci pasuje?
-Idealnie.
-Podjadę po ciebie.
-Będzie miło. Pa!- wyminęłam go.
-Pa!
Wszystko szło idealnie, jak z płatka! Czy ten dzień mógł okazać się lepszy?



___________________________
I jak? Jakoś mnie opuściła wena najwidoczniej, bo nie mogę złożyć zdań porządnie
Jako, że można powiedzieć, okrągły rozdział, bo 10, to pierwsza dedykacja: Dedykuję rozdział *Wiecznej Samotności* za wsparcie, przede wszystkim ♥ Dziękuję ci ♥
  • awatar Nutella<3: Niezłe, pisz dalej
  • awatar Marzycielkaa16: Kurcze, kurcze mam teraz tyyyle do czytania i jeszcze naukę i jeszcze książki w kolejce, że już nie wyrabiam, ale postaram się zajrzeć w jakimś wolnym czasie i przeczytać wszystko :D
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: : ** , to ja tobie dziękuję :). Wspaniale czytać twoje opowiadanie w które wkładasz wiele pracy. *Podziwiam* , zakochałam się w twoim dziele. Czekam dziś na kolejny rozdział. *NAJLEPSZA* !!! <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Wychodząc ze szkoły, słyszałam krzyki Stevena i, jeśli się nie mylę, wołał mnie po imieniu. Nie przejęłam się tym jednak. Zeszłam po schodach i skierowałam się do bramy wyjściowej. Nagle zobaczyłam, że w zaułku między szkołą a halą, stoją przyjaciółki Gemmy. Podeszłam do nich bliżej.
-Palenie nie jest zabronione?- spojrzałam wymownie na dym obficie puszczany z ich ust oraz cieniutkie papierosy, które dzierżyły w dłoniach. Spojrzały na mnie z lekkim obłędem w oczach.- Myślałam, że takie paniusie, jak wy i przywódczyni stada- Gemma, nie palicie, bo to źle wpływa na cerę, nie czuć perfum i takie tam. Nieprawda?
-Nie powiesz nikomu?- powiedziała jedna z dziewczyn o kasztanowych, gęstych lokach i wielkich, bursztynowych oczach, które teraz lśniły z przerażenia. Jej przyjaciółka, o długich blond włosach z prostą grzywką, ściętą do linii brwi, również była zdenerwowana.
-Nie wydaję nikogo. Nawet takich jak wy, czyli przyjaciółek tej paskudnej Gemmy. A jestem ciekawa, czy ta primadonna też pali. To w końcu takie… niezdrowe i złe dla urody- ostatnie słowa powiedziałam, parodiując Gemmę. Jej przyjaciółki parsknęły śmiechem.
-Gemma nie pali. Ma się do tych zasad, o których mówisz- powiedziała, nieco poważniej, ciemnowłosa.
-Och, czyli tylko wy łamiecie zasady przez nią ustanowione?- podniosłam brew.
-Daj spokój. Mam jej dość- jęknęła blondynka i zaciągnęła się dymem. Jej kompanka pokiwała głową z aprobatą.
-Ja też- dodała.
-To po co w ogóle się z nią przyjaźnicie?- to było dla mnie niezrozumiałe.
-Bo zna nasze sekrety.
-Takie jak ten- blondynka wskazała brodą na papierosy.- Poza tym ona może wszystko, nie chcemy, żeby nas pogrążyła, czy coś.
-A jej matka to niezła szycha- uśmiechnęła się szelmowsko, ciemnowłosa.
-Dobra, ja się zwijam, bo szczerze mówiąc, zaraz mnie zaczadzicie.
-Zwiewasz?
-Tak. Pokłóciłam się z Fransem i wyszłam z lekcji. Mam go dość- nie wiem, czemu zwierzałam się tym plastikom, nie umiałam tego racjonalnie wyjaśnić.
-Wyszłaś w trakcie biologii?- ciemnowłosa miała oczy jak spodki.
-Tak, czemu tak cię to dziwi?
-Bo od Fransa nikt nie wychodził, chyba jesteś prowodyrką- przyznała jasnowłosa.- Niezła jesteś. A gdzie idziesz?
-Nie wiem, może do galerii? Chyba mam jakieś pieniądze.
-Może pójdziemy z tobą?
Sama nie wiem, kiedy pokiwałam głową. Dziwiłam się sobie, ale ten dzień spędziłam nawet miło. Dowiedziałam się, że ciemnowłosa dziewczyna ma na imię Rachel, natomiast blondynka- Allison. Chodziłyśmy po galerii, lecz kiedy moje kompanki zaczęły przymierzać ubrania, wyłamałam się.
-Nienawidzę przymierzania ciuchów. Ja idę się napić.
-Nie możesz poczekać? Znalazłam prześliczną spódniczkę, nie wyjdę bez niej!- pisnęła Allison.
-Nie, nie mogę. Będę w Milkshakes. Dojdziecie do mnie.
Kiedy wychodziłam ze sklepu, usłyszałam za sobą wołanie.
-Rosie! Rosie!- „od kiedy zaczęły tak skracać moje imię?”- pomyślałam i odwróciłam się. Biegła za mną Rachel.
-Rachel? Nie zostajesz z Allison?
-Nie, ona to będzie mierzyć pół godziny. No, idziemy się napić?
Nie odmówiłam. W Milkshakes siedziałyśmy i sączyłyśmy napoje. Po około czterdziestu minutach przybiegła rozpromieniona Allison.
-No i jak, Allie? Masz?-powiedziała na wstępie Rachel.
-Mam, mam!-pisnęła z zachwytu.
-I ile kosztowała w końcu?- zapytała, kiedy zachwycona Allie, sadowiła się na kanapie, obok nas.
-Sto dziewięćdziesiąt dolców.
-No, to sporo. Myślałam, że ją sobie wzięłaś, sprytna rączko- Rachel uniosła znacząco brwi i się uśmiechnęła.
-Chcecie mi powiedzieć, że kradniecie?- byłam zszokowana. Allie i Rachel były takie… perfekcyjne. To nie pasowało do wizerunku, który sobie stworzyły.
-Oj, od razu: kradniecie! Tylko… Mamy sprytne ręce- zaśmiała się Rachel.
-No, a poza tym, bierzemy sobie tylko mniejsze rzeczy, a nie np. ciuchy. Jakąś biżuterię, paski, czy coś- zawtórowała jej Allie.
W pewnym momencie, rozmowa nabrała rozpędu i dziewczyny zaczęły mi opowiadać o Gemmie. Dowiedziałam się, że jej matka jest producentką jakiegoś serialu, który córka namiętnie ogląda. Nie zapamiętałam tytułu, ale to było coś o wampirach. Żałosna, niskobudżetowa produkcja-tylko to mogła oglądać Gemma.
-Gemma Plec jest… nienormalna i tyle- podsumowała konwersację, Allison. Plec? Przecież ja znam skądś to nazwisko, gdzieś już je słyszałam, na bank! Wracając z galerii, tylko ta myśl kołatała mi w głowie. Plec, Plec, Plec… Skąd ja znam to nazwisko? Stojąc na progu swojego domu, spojrzałam na zegarek. Było dopiero południe, więc Max jest pewnie w pracy. Zaczęłam szukać swoich kluczy w torbie. Włożyłam go do zamka i próbowałam przekręcić, ale ani drgnął. Oznaczało to tylko jedno: drzwi były otwarte. Nacisnęłam klamkę- nie myliłam się. Weszłam do hallu, gdzie cicho zdjęłam buty i położyłam torbę. Nagle usłyszałam dźwięki dochodzące z kuchni, czy może z jadalni? Skierowałam się w tamtą stronę. Idąc w samych skarpetkach, robiłam to niemal bezszelestnie. Rozsunęłam jadalniane drzwi i stanęłam, jak wryta. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom- Max i ta jego szefowa obściskiwali się na naszym stole!
-Witam- powiedziałam, a oni odskoczyli od siebie, jak oparzeni. Julie, szefowa Maxa, była w samym staniku, więc gorączkowo zaczęła zakładać bluzkę, natomiast mój brat był zajęty zapinaniem paska od swoich jeansów.
-Yy… Cześć.. Rose- wydukała Julie, a jej twarz przybrała odcień ciemnej czerwieni.
-Cześć Rosie- dodał Max, także cały spąsowiały.
-Jesteście obleśni!- wykrzyczałam im prosto w twarze- Ob-leś-ni! Fuj!- wzdrygnęłam się i pobiegłam do swojego pokoju.
Upadłam na łóżko i zanurzyłam twarz w miękkich poduszkach. Co ten Max sobie wyobrażał? Romans z szefową?! Przecież ona miała jakieś 35 lat, a on nieco ponad dwadzieścia! Słyszałam jeszcze ich rozmowy, ponieważ w naszym domu jest duży pogłos, ze względu na marmurowe schody i hall wyłożony kaflami.
-Chyba przesadziliśmy, Maxie- mówiła Julie. Maxie? „Czy ją do reszty pogrzało?!”- moje myśli były niezwykle chaotyczne, ale czułam się jak wulkan w trakcie erupcji- nic nie mogłam na to poradzić.
-Rose powinna być teraz w szkole, pewnie zrobiła sobie wagary. TO jest problem. Poza tym i tak miała się dowiedzieć o nas.
-Dobrze, więc idę. Pa!
Nie mogłam słuchać tych czułych słówek. Jak oni tak mogli? Nie mogłam w to uwierzyć, co za paranoja. Nagle usłyszałam kroki na schodach. No super, Max idzie do mnie na rozmowę umoralniającą.
-Rosie? Mogę wejść?- odpowiedziało mu moje milczenie, jednak nie miałam zamka w drzwiach od pokoju, więc mógł bez oporu się tu dostać.
-Rosie, ja i Julie…- zaczął, siadając na skraju łóżka, jak to miał w zwyczaju.
-Nie chcę słuchać o tobie i tym starym próchnie!- weszłam mu w słowo. Myślałam, że Maxa urażą te obelgi na temat Julie, ale on się tylko roześmiał.
-Jakie próchno, Rosie? Ona ma dopiero trzydzieści sześć lat!
-Dla ciebie i tak jest za stara! I jest obleśna! I w ogóle…- chciałam dokończyć zdanie, ale nagle sobie coś uświadomiłam. Plec! Julie Plec! Stąd znam to nazwisko. Wybuchnęłam histerycznym płaczem, lecz Max nie wiedział, o co mi chodzi.
-Rosie? Co się stało?
-Czy ta cała Julie ma córkę?- oddychałam płytko, łapiąc powietrze w usta, niczym ryba.
-Och, miałem ci opowiedzieć coś więcej o Julie!- rozentuzjazmował się.- Ma córkę! Mało tego- jest w twoim wieku! Wspaniale, prawda?-klasnął w dłonie wyraźnie uradowany. Wówczas poczułam, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Matka Gemmy i mój brat mają romans? Wybiegłam z domu, bez wierzchniego okrycia. Biegłam na oślep, nawet nie wiedziałam, dokąd. Nagle zobaczyłam błysk świateł. Pisnęły hamulce...



________________________
Witajcie, dodaję nowy rozdział. Nie mam jakoś weny i żaden rozdział nie jest taki, jaki zaplanowałam -.-' Nie wiem, czy dodawać następne, bo jest b.mała liczba komentarz i odwiedzin, nie wiem czy to ma większy sens. Ponawiam pytanie o dedykacjach, jeśli ktoś chce, to pisać ♡
  • awatar Nereitte: Wspaniały rozdział. ;) Znalazłam tylko mały błąd, czyli "poczułam błysk świateł" - wydaje mi się, że światła można co najwyżej zobaczyć. ^^
  • awatar bez znieczulenia .: dodaj nowyy! świetnie piszesz!
  • awatar I ♥ Chada: oooo ;p ale świetny rozdział ;d
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Po tygodniu spędzonym w Londynie, trudno mi było znów powrócić do rytmu panującego w Chicago. Co prawda, dziś czas był na moją korzyść, w końcu byłam do przodu o całe sześć godzin, jednak niełatwo było zerwać się w poniedziałkowy poranek z łóżka. Miałam ochotę rozwalić budzik i zapaść w sen, aby obudzić się wiosną, nie! Latem. Tak, pojechać do Londynu na całe wakacje i nie przejmować się niczym. O, właśnie- Londyn. Zgodnie z obietnicą, złożoną samej sobie, wysłałam esemesa do Abby, z pytaniem, co u niej. Nie dałam się pokusie, aby opowiedzieć jej o moich problemach, z czego się ucieszyłam. Dzień jednak zapowiadał się zwyczajnie, czyli źle.
***
Już sam jego początek dołował. Nie dość, że człowiek myślami błądzi gdzieś daleko, wspominając miniony lub planując następny weekend, to w dodatku jest niewyspany, jednym słowem- same niedogodności. Na domiar złego, pierwszą lekcją w poniedziałek jest biologia. Nic gorszego nie mogło mi się przytrafić, nic. Weszłam do szatni jedynie po to, aby zostawić tam kurtkę, ponieważ zasadę o zmienianiu obuwia mam w głębokim poważaniu. Po wykonanej czynności, udałam się pod klasę. Usiadłam na podłodze i włożyłam w uszy słuchawki.Usłyszałam znajome dźwięki, będące balsamem dla uszu. Po chwili poczułam, że ktoś mnie klepie w ramię.
-Louis? Myślałam, że musisz zostać w szpitalu- powiedziałam, uprzednio wyłączając odtwarzacz. Super, nawet nie można w spokoju posłuchać muzyki, bo zaraz ktoś się napatoczy i z upragnionego spokoju, wychodzi magiel towarzyski, a ja, jak już wspomniałam, do osób komunikatywnych nie należę.
-Panno z głową w chmurach, od mojego wypadku minął ponad tydzień- uśmiechnął się szeroko.- Musiałem zostać w szpitalu, ale tylko do poniedziałku. Tamtego poniedziałku- uśmiechnął się jeszcze szerzej. Teraz nie byłam pewna, czy to uśmiech, czy kontrola u stomatologa.
-Panie wścibski nosie, miałam ważniejsze sprawy, niż twój rozbity łeb- warknęłam na niego.
-Tak, ciekawe jakie?- przechylił głowę. Zastanowiłam się przez chwilę, czy mu powiedzieć o wypadku Abby, ale stwierdziłam, że jeśli tego nie zrobię, Louis pomyśli, że kłamałam.
-A takie, że moja przyjaciółka, otarła się o śmierć!- powiedziałam, ale poczułam się paskudnie. Nie wiedzieć czemu, ogarnął mnie smutek wymieszany z frustracją. Wyjęłam z kieszeni telefon, aby nie musieć patrzeć na Louisa. Zaczęłam bezmyślnie przesuwać palcem po ekranie.
-Jak to? Co się stało?- zainteresował się, ale mnie to tylko irytowało.
-Nic- powiedziałam, nie odrywając wzroku od komórki.
-Rose, widzę, że coś się stało. Powiedz mi.
-Nie chcę- byłam uparta, ale on jeszcze bardziej, bo nie odpuszczał.
-Mi możesz powiedzieć.
-Ale może nie chcę?!- byłam już bliska wybuchu.
-Myślę, że chcesz, ale …- zawahał się. - No z jakiegoś powodu nie chcesz mi powiedzieć, a ja naprawdę nikomu nie wygadam, słowo.
-Jestem zajęta- próbowałam się wykręcić, jednak Louis zdążył zauważyć, że nie pochłania mnie żadna konkretna czynność.
-No, Rose… Nie bądź taka.
Nie mogłam go dłużej słuchać ani patrzeć na te błagalne spojrzenia rzucane z ukosa. Nabrałam wody w usta i uparcie wpatrywałam się w zegarek. No dalej, cyferki, zmieńcie się. Niech już zadzwoni dzwonek. To było dziwne- tak wyczekiwać najbardziej znienawidzonej lekcji, ale uważałam, że opcja siedzenia w ławce z udawanym zaciekawieniem jest lepsza niż odpędzanie się od tego wściubinosa. Kiedy zadzwonił dzwonek, czym prędzej podniosłam torbę i poszłam do gabinetu.
Na biologii było jeszcze gorzej. Okropny pan Frans, po sprawdzeniu obecności, zaczął wertować dziennik. Po chwili powiedział, że zaraz zapyta jedną osobę. Oparłam dłonie na łokciach, jak to miałam w zwyczaju i patrzyłam, jak wodzi wzrokiem po liście uczniów.
-No to może… może… Rose Timothy- powiedział, a ja pomyślałam, że ten dzień dobrze się nie zaczął, a ja już mam poważnie dość.
Podeszłam jednak hardo do biurka nauczyciela. Położyłam mu zeszyt na biurku. Biolog popatrzył na mnie podejrzliwie i zaczął przewracać w nim kartki.
-Nie masz notatki z ostatniej lekcji- powiedział sucho.
-Nie było mnie w szkole przez tydzień, jakby pan nie zauważył.
-Hmm, ledwo w szkółce, a już wagary? A myślałem, że coś może z ciebie wyrośnie, a tu jednak nie.
Jak on w ogóle śmiał tak mówić?! Co sobie wyobrażał ten fagas? Miałam poważne problemy, a raczej Abby je miała, a on tak sobie drwi? Cała buzowałam od narastającego we mnie gniewu; poczułam, że muszę wyjść, bo inaczej mogę zrobić coś głupiego. Bez namysłu podeszłam do ławki, aby wziąć torbę i bez słowa wyszłam z klasy, zostawiając nauczyciela z otwartymi, ze zdziwienia, ustami i moim zeszytem na jego biurku. Wiedziałam, że mogę mieć problemy, ale czy to było teraz ważne? Kłopoty są zawsze, szczególnie w moim przyapdku. Włożyłam w uszy słuchawki i szłam na oślep. Nagle poczułam uderzenie i runęłam jak długa na podłogę. Moje książki i zeszyty wysypały się z otwartej torby wprost na podłogę. Spojrzałam w górę. Nade mną stał chłopak, na oko trzy, może cztery lata starszy. Miał krótko obcięte włosy, które lśniły czernią. Najprawdopodobniej chciał zrobić skruszoną minę, ale wyglądał idiotycznie.
-Uważaj, jak łazisz, pizdusiu- warknęłam, podnosząc się z podłogi.
-Przepraszam, naprawdę nie chciałem!- powiedział chłopak, wyciągając do mnie dłoń. Zignorowałam ten gest.- Przepraszam!- powiedział, kucając i zbierając moje rozrzucone przybory.
-No, super, ale następnym razem może uważaj, jak łazisz, ofermo.
-Bez przesady- uśmiechnął się, eksponując śnieżnobiałe zęby.- To TY szłaś z zamkniętymi oczami i nie widziałaś, co się wokół ciebie dzieje.
-OK, co nie zmienia faktu, że mogłeś uważać.
-Dobrze, dobrze- podniósł ręce w geście obronnym. Zarzuciłam torbę na ramię i już miałam iść, kiedy nieznajomy zawołał:- Hej! Mam prośbę!- odwróciłam się znudzona. „Czego mógł chcieć ten odpicowany laluś?”- pomyślałam.
-Hm?- mruknęłam pytająco.
-Przyszedłem tu… No w sprawach teatralnych. Nie jestem stąd i nie znam tej szkoły. Pomożesz mi znaleźć panią Monicę Anderson?- przechylił przekornie głowę. Matko, gdzie on się uczył tych sztucznych gestów?
-Ale trafiłeś-mruknęłam.- Jestem tu od dwóch tygodni, ale chodź- poszłam, nie patrząc, czy nieznajomy idzie za mną, czy nie.
-Zaczekaj- powiedział doganiając mnie.- Skąd jesteś?
-Skąd to nagłe zainteresowanie?- mruknęłam.
-Z ciekawości, Panno Podejrzliwa. Ja na przykład jestem z Nowego Jorku.
-Interesujące- odparłam sarkastycznie.
-Ale jestem tu w pracy i chyba zabawię długo w Chicago- odpowiedziało mu głuche milczenie z mojej strony.- Nie bądź taka wredna, chcę odpokutować za winę. Jak masz na imię?- Miałam tego dość. Czy to konkurs, kto dziś najbardziej mnie zdenerwuje? Chwilę wahałam się, czy mu powiedzieć, ale pomyślałam, że jeśli tego nie zrobię, to już się nie odczepi.
-Rose.
-Śliczne imię- popatrzyłam na niego, jakby urwał się z wariatkowa.- Naprawdę- zapewnił.- A ja jestem Steven.
-Aha, cześć Steven- odparłam z lekką ironią, ale Steven widocznie jej nie załapał, bo uśmiechnął się jeszcze szerzej i odparł:
-Cześć Rose!
Zostawiłam nowo poznanego chłopaka pod salą teatralną, gdzie zobaczył panią Anderson. Postanowiłam nie iść dziś na spotkanie kółka teatralnego, które miało się odbyć na najbliższej przerwie, jak również na inne lekcje. Wychodząc ze szkoły, właśnie zadzwonił dzwonek, obwieszczający przerwę. Zauważyłam, że Steven biegnie korytarzem, a nagle… Czy ja dobrze widzę? Za nim uganiał się pokaźny tłum dziewczyn z Gemmą na froncie. Goniły go jak wariatki, krzycząc i wymachując notesami.
-Steven!
-To naprawdę Steven!
-Aaa!!!
-Jeremy!
-Steve!
-Kochamy cię!
Słysząc rozdzierające wrzaski, szybko opuściłam mury szkoły. Tego było już za wiele.



_________________________
No i jest nowy. Moim zdaniem beznadzieja -.-'
Ponawiam pytanie, co do dedyków♥
  • awatar bez znieczulenia .: mnie się na prawdę podoba! <3
  • awatar Nereitte: Haha, świetny rozdział ;)
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Rozdział naprawdę rewelacyjny <3. Nie pisz, że beznadziejny! :P Coraz bardziej mnie wciąga, ach, dodawaj szybko kolejny i nie każ mi tak długo znów czekać. Rose jest zajebista :* tak jak *ty*. ;) Rozbawiła mnie scena gdy te dziewczyny goniły Steva :D hah.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Słysząc akcję ratunkową , bałam się, jak nigdy dotąd. Usiadłam na podłodze i ukryłam twarz w dłoniach. „Niech ona wyzdrowieje, niech ona wyzdrowieje, niech ona….”
***
-Rose? Rose?- usłyszałam nad głową głos. Otworzyłam oczy i wpadłam w zdumienie. Leżałam na szpitalnym łóżku. Czy coś mnie ominęło? A może to sen? Nade mną stała pani Barnwell i widząc moją zdziwioną minę, dodała:- Zasnęłaś wczoraj, siedząc w kucki pod salą, więc poprosiłam salową, żebyś przespała się kilka godzin na tym łóżku.
-Och… Dziękuję- bąknęłam. Przeciągnęłam obolałe mięśnie i wstałam. – Co z Abby?
-Lepiej!- powiedziała pani Barnwell, a na jej twarzy zagościł uśmiech. Co najważniejsze: szczery, nie żaden wymuszony. „Czyli żyje!”- chciałam zaśpiewać na cały głos. Co za ulga!
-Naprawdę? A… a jakoś dokładniej?- nie wiedziałam, jak zapytać mamę Abby o szczegółowy stan jej obrażeń.
-Kamień spadł mi z serca, kiedy ją wczoraj wyratowali. A co do stanu jej zdrowia...-zamyśliła się.- Ma już zoperowaną nogę i rękę, no i czaszkę. Na razie jest cała krucha, wiesz, też żebra… Ale doktor powiedział, że idzie ku lepszemu. Można do niej wejść.
-A gdzie pan John, Andy i Ivy?- zapytałam.
-Poszli do kościoła.
Spojrzałam na zegarek. No tak, dochodziło południe . Choć dziś była sobota, kościół był na pewno otwarty. Postanowiłam nie tracić czasu i odwiedzić Abby.
-Może pójdzie pani do domu, skoro z Abby już lepiej?- powiedziałam delikatnie. Patrząc na panią Barnwell, można było wnioskować, że nie spała przynajmniej cztery noce.
-Może ja tylko pójdę po kawę. Chcę tu być, na wypadek, gdyby Abby się wybudziła- uśmiechnęła się lekko i skierowała się w stronę kawiarni. Ja natomiast weszłam do sali. Usiadłam koło łóżka przyjaciółki. Po chwili w pomieszczeniu zjawiła się gruba, wesoła pielęgniarka.
-Cześć Abby!- powiedziała, a widząc moją skonsternowaną minę, dodała:- Ona słyszy, to co mówię. Mimo, że jest w śpiączce, coś tam do niej dociera. Jak tylko zmienię kroplówkę, zostawię was, a wtedy będziecie mogły pogadać-puściła do mnie oko.
Jak powiedziała, tak uczyniła. Po minucie zostałyśmy same. Siedziałam, jak słup soli. Głupio mi było mówić do kogoś, kto jest w śpiączce. W sali panowała grobowa cisza, w której słychać było tylko pikanie elektrokardiografu. W końcu postanowiłam przełamać strach. Za długo nie widziałam przyjaciółki, żeby teraz marnować okazję porozmawiania z nią, nawet jeśli nie mogła mi odpowiadać.
-Cześć Abby- mruknęłam dość cicho. Czułam się zażenowana całą tą sytuacją, ale ciągnęłam dalej:- Co u ciebie? No tak, głupie pytanie. Wiesz, w Chicago nie jest tak fajnie jak myślałam, ale mogło być gorzej. Poznałam jedną dziewczynę, ma na imię Hayley, ale nie jest moją przyjaciółką. Ma duże kłopoty i nie wiem,jak jej pomóc, bo nigdy nie byłam dobra w te klocki. Gdybyś ty… Zresztą, nie. Ty zawsze pomagasz, ja nigdy nie pomogłam tobie. Chciałabym być tu z tobą, w Londynie. Wczoraj zdarzyła mi się dziwna sytuacja…
Opowiedziałam Abby o wczorajszym wypadku Louisa, jak również o początkach w nowej szkole, wrednej Gemmie, nowej szefowej Maxa i innych perypetiach z Chicago. Odpowiedziało mi tylko pikanie maszyny, ale wyrzucenie z siebie wszystkiego sprawiło mi dużą ulgę.
***
U Barnwell’ów zostałam do następnej niedzieli, choć i tak większość czasu spędzałam w szpitalu, u Abby. Opowiadałam jej wszystko, co mi ślina na język przyniosła, a Mariah (gruba pielęgniarka, która namówiła mnie do rozmowy z przyjaciółką), stała pod salą i uśmiechała się szeroko, raz po raz doglądając jej stanu zdrowia. Było lepiej, naprawdę w to wierzyłam i wydawało mi się, że również dostrzegam na jej uśpionej twarzy jakąś poprawę. Zdawałam też relacje telefoniczne Maxowi, choć w większości przypadków po prostu nagrywałam mu się na sekretarkę. Musiał być bardzo zajęty, mimo to przysyłał mi esemesy.
W czwartek rano Abby się obudziła i stało się to wtedy, kiedy byłam w sali! Siedziałam obok łóżka razem z Ivy, która kategorycznie odmówiła pójścia do szkoły przez cały tydzień. Pan Barnwell był w pracy, a pani Barnwell pojechała zawieść Andy’ego do przedszkola. Ivy opowiadała mi jakąś zawiłą historię o jej koledze z klasy, kiedy usłyszałyśmy cichy jęk.
-Abby?- zapytałam i od razu na nią spojrzałam. Kiedy ujrzałam jej twarz, nie wierzyłam własnym oczom! Moja przyjaciółka właśnie mrugała powiekami, wybudzała się! – Idź po Mariah- nakazałam Ivy. Ta posłusznie wybiegła z pomieszczenia.- Abby, słyszysz mnie?
-Ros? Co ty tu robisz?- wyszeptała, z lekkim trudem.
-Och, Abby!- powiedziałam i ją przytuliłam.
-Auć, Rosie! To boli- powiedziała, a ja momentalnie przypomniałam sobie, że przecież ma połamane żebra.
-Przepraszam!- zrobiłam minkę kotka na autostradzie, a Abby uśmiechnęła się delikatnie. W tym samym momencie do sali weszła Ivy w asyście Mariah i doktora.
-O, co my tu mamy? Wybudziłaś się wreszcie!- powiedziała Mariah, klaszcząc w dłonie.
-Abby, słyszysz mnie?- lekarz sprawdził, czy wszystko w porządku, ale ona reagowała normalnie, w odpowiednim tempie.
Czwartek był dniem całkowitej fety. Cała rodzina cieszyła się, jak dzieci. Od tego dnia Abby miała się coraz lepiej, mimo, że musiała zostać w szpitalu ponad dwa i pół miesiąca. Opowiedziałam to wszystko Maxowi, który niezwykle się ucieszył. Powiedział również, że już zamówił mi bilet powrotny do Chicago, w niedzielne południe. Z żalem opuszczałam Abby i jej rodzinę, ale wiedziałam, że ten tydzień był jakby wyrwany z mego życiorysu i czas powrócić do realnego świata. A ten nie zapowiadał się za ciekawie.




____________
Dziś krótki i wcześnie dodany rozdział, bo mam rekolekcje w szkole i wcześniej wracam do domu ;*
Jak się podoba? Byłabym wdzięczna, jakby ktoś polecił, bo mam na razie dość mało odwiedzin...
Piszcie swoje opinie na temat rozdziału
Dziękuję za regularne odwiedziny *XxMatyldaXx* i *Wieczna Samotność*. Jeśli ktoś chce osobistego dedyka-pisać, a chętnie zadedykuję komuś cały rozdział
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
-Tylko pamiętaj- żadnych wybryków, gospodaruj pieniędzmi rozsądnie, chociaż pewnie nie będą ci potrzebne no i nie rób kłopotów Barnwell’om, jasne?
-Jasne.
Właśnie stałam na lotnisku, żegnając się z Maxem. Nie do wiary, że puszcza mnie samą do Londynu. Z Chicago lot będzie trwał wieki, ale podróż odbędę samotnie, bo Max nie może opuścić dni w tej nowej pracy. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co usłyszałam zaledwie półtorej godziny temu…
***
Kiedy otrzymałam dziwy telefon od brata, od razu pożegnałam się z Hayley i Louisem, po czym wróciłam do domu jak najszybciej się dało. Już od progu, wiedziałam, że stało się coś złego. To po prostu wisiało w powietrzu. Weszłam do hallu, gdzie zobaczyłam Maxa. Stał przy stoliku i dopinał dużą, białą walizkę. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że przecież bagaż należy do mnie.
-Co ty robisz? Co się stało?- zapytałam na jednym tchu. Max ciężko westchnął i oparł się o ścianę. - Max? Powiesz mi w końcu?- nie mogłam czekać ani chwili dłużej. Po co brat pakował mój bagaż? Co on wyprawiał? – Max!- wołałam rozpaczliwie. Chwilę walczył ze sobą, aż wreszcie odezwał się słabym głosem.
-Przed chwilą do ciebie dzwoniłem i powiedziałem, że telefonowała do mnie pani Barnwell, prawda?
-Tak- przytaknęłam, a żołądek zaczął podchodzić mi do gardła.
-Dzwoniła po to, żeby… Żeby powiedzieć nam….- miał dziwny głos, nie potrafiłam powiedzieć, jaki. Zaczęłam nerwowo chodzić w kółko.
-No Max!- zawołałam rozpaczliwie. Serce waliło mi jak młotem, nie mogłam dłużej znieść tego napięcia.- Powiedz wreszcie!
-Abby miała wypadek- powiedział na jednym tchu.
-Abby miała wypadek?- powtórzyłam, choć doskonale usłyszałam słowa brata, które teraz dzwoniły mi w uszach.
-Tak. To stało się niedawno. U nich, w Londynie, przecież jest teraz południe. Abby jechała skuterem na drugą zmianę do szkoły i miała zderzenie z jakimś samochodem. Ten kierowca nie ucierpiał, ale ona…
-Co jej jest?- wykrzyknęłam. Nawet nie czułam, że po policzkach ciekną mi łzy.
-To poważne, nawet bardzo- powiedział, wycierając dłonią spocone czoło.
-Max!- wykrzyknęłam, a po chwili wstrząsnęła mną fala łez.
-Ma połamane żebra, nogę i chyba rękę, no ale najgorsze jest to, że ma pękniętą czaszkę.
-Czaszkę? Boże- jęknęłam i osunęłam się na ziemię. Zaczęłam płakać, jak dziecko. Teraz uświadomiłam sobie, jaka byłam paskudna. W maju wyjechałam z Londynu, zostawiając tam moją jedyną i prawdziwą przyjaciółkę. Wakacje w Chicago okazały się dla mnie bardzo samotne, ale nie zadałam sobie trudu, aby zainteresować się, co u Abby. Dzwoniłam do niej raptem pięć razy w przeciągu czterech miesięcy i opowiadałam jej tylko o moich problemach i rozterkach, a ona słuchała. Czy w ogóle pomyślałam, aby zadać takie głupie, acz tak oczywiste pytanie: „co u ciebie słychać?”. Nigdy nie zainteresowałam się jej sprawami, liczyły się tylko moje problemy. Jaka byłam okropna! Przypomniałam sobie o niej dopiero, kiedy była bliska śmierci. Zaraz zaraz, śmierci? „Niech ona wyzdrowieje, niech ona wyzdrowieje”- powtarzałam w myślach jak mantrę, ściskając pięści tak, że aż zbielały mi kostki.
-Rosie?- odezwał się Max, po chwili milczenia.- Musisz lecieć do Londynu.
-Chyba musimy- pociągnęłam nosem.
-Ja nie mogę lecieć. Mam nową pracę, wiesz…- westchnął ciężko.- Zdążyłem ci już wszystko załatwić. Zapakowałem cię, zamówiłem bilet przez Internet, wykupiłem ci funty. Możesz lecieć, w Londynie będzie czekać na ciebie pani Barnwell. Zamówiłem szybki lot, za niecałe dziewięć godzin będziesz już tam.
-Ale przecież u nich to będzie jakaś dwudziesta trzecia- powiedziałam.
-To nic. Ona po ciebie przyjdzie. Chodź, mamy taksówkę- wziął moją walizkę i wyszliśmy z domu. Serce waliło mi jak młot, a mną cyklicznie wstrząsały dreszcze. Czułam, że nie ustoję na nogach dłużej niż kilkanaście sekund, więc przytrzymywałam się wszystkiego, co tylko możliwe. Niech ona wyzdrowieje, niech będzie wszystko OK…
***
Staliśmy więc na lotnisku, ja-dygocząca i zapłakana i Max- z pozoru opanowany, starszy brat. Musieliśmy wyglądać tragicznie, ale czy to się teraz liczyło? Czemu ja musiałam być aż za oceanem, czemu byłam taką egoistką? Tak myśli każdy grzesznik po złym uczynku. Sztuką jest zapobiegać złu, a ja tego nie zrobiłam.
-Rosie?
-Hm?
-Tylko… uważaj na siebie- powiedział lekko drżącym głosem. Kiedy popatrzyłam w jego intensywnie niebieskie oczy, dostrzegłam w nich smutek przemieszany z troską. Poczułam wtedy taki ucisk w gardle, że zdołałam tylko pokiwać głową z aprobatą. Wtedy zapowiedzieli mój lot.- Ros, trzymaj się- wziął mnie w ramiona, a ja poczułam, że dłużej nie wytrzymam i znów zaczęłam płakać. Boże, czy można być tak głupią, jak ja? Najpewniej nie.
W samolocie zmorzył mnie sen i nim się obejrzałam, samolot schodził do lądowania już w Londynie. Po przestawieniu zegarków, panowała tu późna noc. Dochodziła północ. Po odebraniu bagażu zaczęłam szukać wzrokiem pani Barnwell. Niegdyś tak mi bliska osoba, a dziś musiałam sobie przypomnieć, jak wygląda, aby jej przypadkiem nie przeoczyć w tłumie ludzi na lotnisku.
-Ros! Ros!- usłyszałam za sobą głos. Odwróciłam się i zobaczyłam umartwioną kobietę z mocno siwiejącymi włosami i zmarszczkami na twarzy. Kiedy jednak popatrzyłam w wielkie, szare oczy, rozpoznałam bez trudu dawną drugą matkę, panią Barnwell.
-Och, Ros- wzięła mnie w objęcia.- Jesteś głodna?- Tak, to było jej standardowe pytanie. Cały czas coś pichciła i podtykała nam pod nosy. Abby często narzekała, że przez matkę ma teraz takie grube ciało, ale oczywiście przesadzała, bo figurę miała świetną.
-Nie. Pojedźmy do Abby- powiedziałam i patrząc na jej zmęczoną mamę, znowu gorzko zapłakałam.
-Och, Rose- wyszeptała, zapewne w obawie, że i ona się rozpłacze.- Jedźmy. Po drodze wyjaśniła mi, że jej córka przechodzi właśnie operację i boi się o nią, jak nigdy w życiu. Muszę przyznać, że ja również nigdy nie byłam tak sparaliżowana lękiem.
W szpitalu byłyśmy dwadzieścia po dwunastej. Poczekalnia świeciła pustkami. Pani Barnwell zręcznie lawirowała między krzesłami i wózkami inwalidzkimi. Podążałam za nią. W końcu dotarłyśmy pod salę operacyjną. Stała tam już cała rodzina Abby- jej tata, pięcioletni brat, Andy i czternastoletnia siostra, Ivy.
-Dobry wieczór- powiedziałam. Rodzeństwo i tata Abby odpowiedzieli skinieniami głów. Zapadło głuche milczenie, które co jakiś czas przerywał Andy, pytając o Abby. Zazwyczaj wtedy jedno z nas zaczęło cicho szlochać albo zawzięcie mrugać oczami, aby do tego nie dopuścić. Kiedy maluch zaczął przysypiać na kolanie ojca, z sali wyszedł doktor
-Co z Abby?
-Co z moją córką?
-Czy operacja się udała?
-Możemy do niej wejść?
Lekarza zasypano gradem pytań. Ten jednak tylko odparł, że operacja była bardzo ciężka i Abby jest na razie w śpiączce.
-Czy możemy się z nią zobaczyć?- zapytał ojciec.
-Tak, prosimy!- dodała Ivy błagalnym tonem.
-Może wejść tylko jedna osoba i to na dwie minuty z zegarkiem w ręku. Jej stan jest bardzo poważny, proszę nie zapominać, że to OIOM- powiedział poważnym tonem. Wspólnie ustaliliśmy, że wejdzie pani Barnwell. Przykleiłam nos do szyby. Wpatrywałam się w szlochającą mamę Abby i nią samą spokojnie śpiącą na szpitalnym łóżku. Wpatrywałam się w elektrokardiograf, który falami pokazywał bicie serca. Słyszałam tylko własny oddech na szybie. Po chwili jednak usłyszałam, że jednostajne pikanie maszyny zmieniło się w ciągły pisk, a fale bicia serca były teraz jedną, poziomą kreską. Następne wydarzenia widziałam tylko jako stop-klatki. Wyproszenie pani Barnwell z sali, masaż serca, w końcu defibrylator…


____________________________
No i jest nowy rozdzialik. Jak się podoba (jeśli w ogóle się podoba) ?
  • awatar Nereitte: Świetny rozdział. :P Ciekawe, czy Abby przeżyje...
  • awatar `Smerf.♥: łoł cóż za emocję *.*
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: *PODOBA SIĘ I TO BARDZOOO*! :D Jej, ależ emocję. Ciekawe co z Abby, mam aby nadzieję, że przeżyję. Rose przez te dwa dni miała naprawdę wiele przeżyć. Najpierw Louis, a teraz Abby. Straszne. Ale ponadto pięknie napisane ; **.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wbiegłam na posesję Hayley. Wraz z pierwszym krokiem wsadziłam nogę w jakąś puszkę. Musiało tam się znajdować jakieś stare jedzenie, bo kiedy nieopatrznie włożyłam tam but, mlasnęło nieprzyjemnie. Wrzasnęłam z obrzydzenia. Wtedy podbiegł do mnie wyliniały pies i zaczął niemile ujadać. Wystraszyłam się nie na żarty. Miałam lekki uraz oraz wstręt do psów, kiedy w czwartej klasie jakiś kundel zaatakował mnie w parku. Nic się nie stało, bo tylko podbiegł i złapał mnie za spodnie. Skończyło się jednak na dużym strachu i rozdartej nogawce, a ja od tamtej chwili znienawidziłam psy. To stworzenie przede mną patrzyło jakimś zamglonym, rozbieganym wzorkiem, a kiedy robiłam krok, niebezpiecznie się przybliżał. Tymczasem próbowałam również zdjąć puszkę, która w której utkwiła mi stopa. Nie chciałam jednak ryzykować zranieniem ręki, bo opakowanie było ostre, więc machałam tylko nogą jak opętana. Odwróciłam się na chwilę i zobaczyłam, że Louis wciąż leży na chodniku i nikt nie kwapi się mu pomóc. Niech to szlag! Zamachnęłam się mocno, a puszka poleciała naprzód. Niestety, a może raczej na szczęście, trafiła tego dziwnego psa w pysk, dzięki czemu mogłam iść dalej, bo zwierzę skuliło się i wróciło do czegoś, co pewnie nazywano budą. Zapukałam do drzwi. Po chwili otworzyła mi jakaś kobieta. Wyglądała jak zapuszczona Rumunka. Włosy miała okropnie przetłuszczone, opadające strąkami na ramiona. Ubrana była w wypłowiały szlafrok, na nogach miała starte kapcie, a z oczu bił jakiś obłęd. W dodatku śmierdziała niemiłosiernie. A ten fetor to, no cóż, fermentacja alkoholowa. Jeśli to była mama Hayley, to miała z mojej strony współczucie.
-Czego chcesz, gówniaro?- wybełkotała kobieta, po czym głośno beknęła.
-Tam na chodniku leży chłopak. Potknął się i poranił. Może nam pani pomóc?- musiałam siłą woli się powstrzymywać, żeby nie zatkać nosa. Kobieta lekko zachwiała się na nogach i powiedziała mi wiązankę przekleństw i bluźnierstw. W tym momencie w progu pojawiła się…. Hayley.
-Rose, co ty tu robisz?!- bardziej krzyknęła, niż zapytała. Wepchnęła kobietę do środa i z trzaskiem zamknęła drzwi. Stanęła przede mną i powiedziała:- Po co tu przyszłaś w ogóle? Nie masz co robić?- była naprawdę niemiła, ale nie dziwiłam jej się.
-Spoko, nie przyszłam cię nachodzić, nie jestem taka- zaperzyłam się.- Mam problem.
-No jaki?- powiedziała ze zniecierpliwieniem.
-Louis mnie odprowadzał do domu i się przewrócił. Leży na chodniku, ma całą zakrwawioną twarz, chyba zemdlał, bo tylko coś jęknął i nie reaguje w ogóle- powiedziałam na jednym tchu.
-O, Boże! Louis!- Hayley tak się przejęła, że aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Moja rozmówczyni zręcznie przeskoczyła przed wszystkie hałdy śmieci i wybiegła na chodnik. Uklęknęła nad Louisem i położyła mu głowę na piersi. Z początku myślałam, że to taki tkliwy gest, ale ona sprawdzała, czy oddycha.- Louis, Louis..- powtarzała tylko, coraz ciszej. Podeszłam do niej. Szczerze mnie zaskoczyła. Siedziała na chodniku i… Naprawdę płakała.
-Rose, zrób coś!- krzyknęła zaaferowana. Jej szloch stawał się coraz bardziej histeryczny.
-No, już! Nie mam zasięgu- jęknęłam. Odeszłam kilka kroków.- O, już mam!
Wykręciłam numer na pogotowie. Powiedziałam pielęgniarce, stacjonującej przy telefonie, o tym, co zaszło. Obiecała, że przyślą karetkę, jak najszybciej się da. Powtórzyłam te słowa Hayley.
-Boże, ta karetka będzie jechać z pół godziny!- wykrzyknęła i wybuchła prawdziwym, niepohamowanym płaczem.
-Hayley, hej… Hayley- ukucnęłam obok niej. Zrobiła niezłe show, nie ma co. Nagle, jakby dopiero teraz doszło do tego wypadku, zaczęli schodzić się ludzie. Tak oto, na chodniku leżał Louis, a obok niego siedziała Hayley, płacząca jak bóbr, no i ja- wierna pocieszycielka. Świetna scena, nie ma co.
-Pomóc wam?- ktoś się odezwał.
-Nie, karetka już jedzie- odparłam.
-Tak!- wykrzyknęła płacząca Hayley.- Sprawdźcie, czy już nie jedzie! Louis!-zawyła.
-Jeszcze nie- powiedział ktoś z tłumu. Słychać było pomruki niezadowolenia.
-Już jest! Widać ją!- krzyknęła jakaś inna osoba. Zapanowało poruszenie. Hayley wybiegła na ulicę i zaczęła machać rękami, wskazując miejsce wypadku. Ta dziewczyna naprawdę nie przejmowała się tym, że makijaż rozpłynął jej się po całej twarzy, a z brody kapią łzy, zakropione tuszem do rzęs i innymi kosmetykami. Następne czynności potoczyły się w zawrotnym tempie. Ratownicy medyczni, wkładający Louisa na nosze i spazmatyczny krzyk Hayley. Jazda karetką do szpitala (na prośbę Hayley, pojechałam z nimi). W końcu znalazłyśmy się w poczekalni. W godzinach szczytu, było tu naprawdę tłoczno. Oparłam głowę o ścianę i relaksowałam się, natomiast Hayley wycierała sobie twarz.
-Ale zrobiłam z siebie pośmiewisko- westchnęła, wycierając paskudne ślady po makijażu.
-No, szczerze mówiąc, to trochę tak- powiedziałam, lekko się uśmiechając. Po jej twarzy również przebiegł cień uśmiechu.- Zareagowałaś tak… emocjonalnie- dodałam.
-Bo myślałam, że coś mu się stało. A teraz tu siedzimy i boję się, jak cholera- powiedziała, a ja jej uwierzyłam. Nie sposób było posądzić ją o kłamstwo. Siedziała, zapuchnięta od płaczu, próbując przywrócić się do porządku, ale widać było, że cała dygocze, a broda wciąż jej niebezpiecznie drży. Obawiałam się, że zaraz znów zacznie płakać.
-Musicie być zżyci. Louis mi dziś o tobie opowiadał.
-Co ci mówił?- zaciekawiła się.
-Że masz problemy.
-Jakie?
-Nie mówił, jakie. Mówił tylko, że je masz. W sumie, kto ich nie ma- popatrzyłam na przeciwległą ścianę.
-Eh, jasne. Już nic innego nie o mnie nie mówi. Pewnie śmieje się ze mnie, jak cała szkoła.
-Nikt się z ciebie nie śmieje.
-Nie widziałaś ich chyba. Chociaż, widziałaś. Na przykład Rick.
-Oj, daj spokój! Ten frajer?!- Hayley delikatnie się zaśmiała, ale był to czysto formalny gest.
-Już nie chce o mnie gadać. Nie chce ze mną gadać- westchnęła.
-Mi mówił co innego- stwierdziłam.
-Co ci mówił?- znów zapytała.
-Że ty nie chcesz go znać.
-Co za idiotyzm! Ale wiem, czemu tak powiedział.
-Czemu?- nie doczekałam się odpowiedzi, bo w tym momencie zadzwonił mój telefon. Max. Cóż, mogłam się tego spodziewać, w końcu powinnam być w domu od przeszło dwóch godzin. Odebrałam i od razu zostałam zasypana gradem pytań. Odeszłam kilka kroków. Kątem oka dostrzegłam, że jakaś pielęgniarka wpuściła Hayley na salę. W miarę możliwości, postarałam się szybko skończyć połączenie. Po wykonanej czynności, weszłam cicho do sali. Louis był w pozycji półleżącej, nakryty do połowy kołdrą, natomiast Hayley siedziała na skraju łóżka. Najwyraźniej nie zauważyli mnie, bo rozmawiali w najlepsze. Postanowiłam im nie przeszkadzać.
-Och, Louis! Tak się bałam!- paplała Hayley, nachylając się nad chłopakiem.
-Daj spokój. Na pewno nie mam tego wstrząśnienia mózgu, to tylko podejrzenia.
-Mam nadzieję.
-Skończmy te ciche dni- powiedział nagle Louis. Nie wiem, o co mu chodziło, ale moej wszelkie wątpliwości rozwiały się, w momencie, kiedy się pocałowali. Najpierw delikatnie, ale po chwili bardziej natarczywie, tak, że Hayley po minucie praktycznie leżała na łóżku razem z Louisem. Właśnie w tym momencie ponownie zadzwonił mój telefon.
-Rose?!- oboje odskoczyli od siebie, jak poparzeni.
-Dopiero weszłam- wzniosłam ręce w obronnym geście.- Nie przeszkadzajcie sobie- powiedziałam i zaczęłam się wycofywać, ale oni byli zbyt speszeni, żeby wrócić do przerwanej czynności. Ten Max w ogóle nie ma wyczucia chwili.
-Musisz wrócić do domu- oznajmił poważnie, kiedy odebrałam telefon.
-Co się stało? Ale.. no ja…
-Wiem, że jesteś w szpitalu, ale mam złe wieści. Bardzo złe.
-Jakie?- zaniepokoiłam się.
-Dzwoniła pani Barnwell. Stało się coś bardzo złego i…- komórka piknęła. Niech to szlag! Wyczerpana bateria. Pożegnałam się z Hayley i Louisem, po czym wybiegłam ze szpitala. Coś musiało się stać i to poważnego. Pani Barnwell nie dzwoniłaby bez powodu.


_______
No i jest nowy. Jak wrażenia? ;*
 

 
Patrzyłam się na scenę jak sroka w gnat. Stała na niej, cóż za zbieg okoliczności, Gem! Obficie gestykulowała, lecz kiedy ujrzała mnie i Louisa, przerwała i założyła ręce na biodra.
-Och, kogo my tu mamy? Spóźnialscy!- teatralnie wyrzuciła ręce w górę.
-Gemmo, bez nerwów. Damy radę, w końcu Rose jest z nami pierwszy raz- powiedziała podstarzała kobieta, siedząca przy scenie. Domyśliłam się, że to ona jest nauczycielką prowadzącą. Na wstępie ją polubiłam. Chociaż jedna normalna, która nie papla ciągle o tym statucie. No, nie jedna. Jest jeszcze pan Hamilton. Poza tym dowiedziałam, się od jakiego imienia, pochodzi skrót Gem. Teraz wiem już, jak ma na imię mój wróg! Gemma, na chwilę, jakby się uspokoiła. Odrzucała tylko blond loki na plecy i robiła inne teatralne gesty- westchnienia, wywracanie oczami, spoglądanie na paznokcie. Okropność.
-Rose, widzę, że Louis ci pomógł do nas dojść- odezwała się kobieta. Miała włosy koloru wiśniowego i siatkę małych, cienkich zmarszczek na twarzy, co nie dodawało jej uroku.
-Mhm, można tak powiedzieć- powiedziałam, przestępując z nogi na nogę.
-Usiądźcie sobie. Ja nazywam się Monica Anderson i nadzoruję te zajęcia. Naszą przewodniczącą jest, jak już zauważyłaś, Gemma. Ona będzie naszą reżyserką. Niestety, bez was zdążyliśmy zrobić głosowanie, w którym Gemma została wybrana na przewodniczącą. Mam nadzieję, że ci się u nas spodoba.
-Co to jest za pean na cześć kółka teatralnego i tej durnej Gemmy?- jęknęłam Louisowi na ucho. Ten tylko zachichotał. Usiedliśmy w kole, a Gemma nawijała o jakiejś sztuce.
-Ponieważ, no cóż nie chwaląc się, należę do osób oryginalnych i modernistycznych…- kontynuowała wypowiedź. W tym momencie parsknęłam śmiechem, co wywołało lekki szum wokół uczestników kółka.
-Masz coś do dodania, Rose?- zapytała słodkim głosem, jednak wzrok miała jak Bazyliszek.
-Skąd. Nie chwaląc się, jestem bardzo powściągliwa- odpowiedziałam równie przesłodzonym tonem, na co wszyscy gruchnęli śmiechem. Gemma spurpurowiała na twarzy, a dłonie zacisnęła w pięści.
-Jak śmiesz rozwalać moje kółko?!
-Nic ci nie rozwalam, jesteś przewrażliwiona!
-Ja przewrażliwiona?! To ty jesteś jakaś ułomna!- wrzasnęła Gemma.
-Dziewczynki, uspokójcie się…- pani Monica próbowała zagaić sytuację.
-Nie jestem ułomna, chyba nie widziałaś ułomnych! Naprawdę szkoda mi ciebie, że gadasz takie rzeczy!- odpowiedziałam jej, mierząc ją wściekłym wzorkiem.
-Nie mam ochoty z tobą rozmawiać na ten durny temat. Ta dyskusja jest poniżej mego poziomu- wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się na pięcie i poszła na scenę.
-Masz jakiś poziom?- zapytałam, choć wiedziałam, że to pytanie retoryczne. Gemma jednak zdawała się tego nie słyszeć.
-Więc, co to ja mówiłam, zanim mi tak brutalnie przerwano?- dwa ostatnie słowa bardzo zaakcentowała patrząc na mnie.
-Bierze cię skleroza w wieku siedemnastu lat?- zapytałam, uśmiechając się lekko. Kilka osób zachichotało, ale mojemu wrogowi widocznie zabrakło argumentów, bo nie odpowiedział.
-A, tak. Będziemy wystawiać sztukę. Jak już mówiłam, skupiłam się na unowocześnieniu, jak również poszerzeniu horyzontów. Postanowiłam więc wystawić sztukę zagraniczną w wydaniu nowoczesnym.
Po uczniach przebiegł szum. Zagraniczna? „Ciekawe, jaka?”- pomyślałam.
-Przeglądałam z panią Monicą różnie sztuki i zasięgniemy po dramat z Polski. A ponieważ mamy tu dwóch Polaków, to tym bardziej będzie wam miło, prawda? Paweł, Marta? – jakiś niebieskooki blondyn i dziewczyna z czarnymi, kręconymi włosami uśmiechnęli się, kiwając głowami. Nie znam polskiego, ani twórców tego kraju, także nie wiem, jak to z tą sztuką będzie. Nie mam zamiaru się angażować w jakieś teatralne bagno, co to to nie.
-Masz tą sztukę przetłumaczoną? Bo chyba nie będziemy po polsku mówić…- powiedział ktoś nieśmiałym głosem.
-Tak, już jest przetłumaczona. Ale nie jesteście ciekawi, co będziemy wystawiać?- powiedziała zniecierpliwiona. Po sali przebiegł szum aprobaty.- No więc, mam zamiar wystawić z wami „Zemstę”. A napisał to…. Zaraz zaraz…- szukała czegoś w papierach.- Aleksander Fredro. Nie umiem tego wymawiać po polsku- zaśmiała się sztucznie, a mi aż się zebrało na wymioty. Gemma opowiedziała pokrótce, o czym ta „Zemsta” opowiada.
-Mamy takie role do obsadzenia- zaczęła pani Monica. Wyjęła kartkę i zaczęła czytać:- Cześnik, Rejent, Klara, Podstolina, Wacław, Papkin, Gerwazy…- więcej imion nie zapamiętałam, bo nawet nie miałam ochoty tego robić. I tak nie będę w tym grać. – Ogólnie cała akcja rozgrywa się wokół miłości Klary i Wacława- kontynuowała swoją nudną wypowiedź.
-Tak! Jednym słowem Klara i Wacław- zakochani podobni do.. hmm.. Romea i Julii?- widząc dziwne spojrzenie pani Moniki, Gemma dodała:- Ale mniej tragiczni, oczywiście. Więc może ja będę Klarą? Chociaż Podstolina jest taka zmysłowa i też ma mini romans z Wacławem, więc… - nonszalancko się uśmiechnęła.- A Wacławem mógłby być dajmy na to…
-Gemmo- pani Monica weszła jej w słowo.- Chociaż chciałabyś być Klarą, to musimy zrobić sprawiedliwe castingi. Ale zanim to nastąpi, ja powiem, kto powinien startować do jakiej postaci- po sali przebiegł szum podniecenia. Znowu.- Więc tak: Cześnikiem mógłby być Dan, Tom- wyłączyłam się. Dobrze wiedziałam, że nie będę w tym grać, więc mogę się tu trochę ponudzić. Wyprostowałam nogi i odchyliłam głowę do tyłu-Wacławem może też być Louis- docierały do mnie strzępki wywodu pani Anderson.- Podstoliną Gemma, Allison, Rachel…- Trzy wymienione dziewczyny musiały być przyjaciółkami, bo wesoło zapiszczały i zaczęły się ściskać.- Ale Gemma może startować również na Klarę. Klarą też może być Sue, Marta oraz Rose.
-Że co?!- wyrwało mi się.
-No tak. Możesz startować na Klarę. Masz temperament, możesz się nadać.
-Ale ja nie chcę w tym grać, jestem tu za karę!- krzyknęłam, akcentując ostatnie słowo.
-To już nie moja sprawa. Przejdźmy dalej….- zaczęła czytać kolejne punkty listy.
Wychodząc po zajęciach z sali, byłam jak w amoku. Ja Klarą? W życiu! Szłam najeżona, kiedy usłyszałam za sobą głos:
-Ros! Ros!- pomyślałabym, że to Hayley- w końcu tylko ona (oprócz Abby) zwracała się do mnie takim skrótem, ale był to głos typowo męski. Odwróciłam się. W moim kierunki zmierzał Louis.
-Chcesz…
-Co chcę?- nienawidziłam, kiedy ktoś nie umiał dokończyć rozpoczętego zdania, a Louis właśnie to robił.
-Odprowadzić cię do domu?- jego twarz przybrała odcień różowawy.
-Nie trzeba- burknęłam.
-Oj, nie daj się prosić. Poznasz okolice szkoły- zrobił minę kotka na autostradzie. Nie żebym była łasa na takie triki, ale nie miałam ochoty na negocjacje.
-OK, niech będzie. Chodźmy- ruszyłam z kopyta.
-Nie pędź tak, nie nadążam- zaśmiał się.
-Tak chodzę.
-OK, OK- skapitulował i dołączył.
Przez dłuższą chwilę szliśmy w milczeniu, kiedy Louis znów nawiązał rozmowę:
-Ros, słuchaj, a ty… przyjaźnisz się z Hayley?
-Przyjaźnić to za dużo powiedziane.
-To znaczy?
-To znaczy tyle, co powiedziałam przed chwilą.
-OK, ale myślałem, że no wiesz… Może mówiła ci coś o mnie?
-A co mi miała mówić? Nie rozmawiamy zbytnio ze sobą.
-Aha, rozumiem.. O, tu mieszka Hayley- powiedział, wskazując brodą. Przystanęłam i zamarłam. Hayley mieszkała z rozpadającej się ruderze! Przy domu stały pale, które przytrzymywały opadający dach, ze ścian poodłaziła farba i tynk tak, że miejscami było widać surowy mur, a koło domu leżały jakieś kawałki blachy, stare puszki, a nawet rozwalona kanapa, a raczej jakiś jej fragment. Po tym „podwórku” spacerował wyliniały pies, który powarkiwał na wszystko, co się rusza. W pierwszym odruchu myślałam, że to wysypisko śmieci.
-Żartujesz sobie- stwierdziłam, choć byłam w takim szoku, że wciąż stałam w miejscu.
-Nie, ona… Ma kłopoty- powiedział ciężko, kopiąc małe kamyki na chodniku.
-Aha- stwierdziłam. Nie chciałam być wścibska, więc nie wnikałam, ale Louis sam podjął wątek.
-Nie mówiła ci?
-Czy nie wspomniałam, że nie gadamy ze sobą?- powiedziałam z irytacją. Zaczynał działać mi na nerwy.
-No mówiłaś, ale może o tym ci wspominała?
-Nie wspomniała. Czemu mi o tym mówisz?
-Bo jesteś jedyną osobą, z którą się koleguje. No, oprócz mnie.
-Jakoś nie zauważyłam, żebyście się kolegowali- stwierdziłam z sarkazmem.
-No bo ona już nie chce mnie znać.
-Czemu?- wyrwało mi się, choć miałam nie wnikać.
-No bo my…- nie dokończył, bo kiedy zrobił dwa kroki, zahaczył butem o wystającą płytkę chodnikową i runął na twarz. Myślałam, że sam sobie poradzi ze wstaniem, ale kiedy się nie ruszał, uklęknęłam obok niego i obróciłam go na plecy. Wtedy zobaczyłam, że jego twarz jest cała w krwi i chodnikowym żwirze.
-Boże, Louis!- krzyknęłam, ale on najwyraźniej zemdlał albo go zamroczyło, bo raz jęknął, jednak tak cicho, że było to prawie niesłyszalne. Rozejrzałam się dookoła. W oddali majaczyli ludzie, jeździły tramwaje, samochody, panował miejski szum, ale moje krzyki na nic się nie zdały. Podjęłam ryzykowną decyzję: musiałam iść po pomoc do Hayley. Pierwszy raz od przyjazdu do Chicago bałam się. Naprawdę się bałam.
  • awatar bez znieczulenia .: ale sytuacja ... robi się coraz bardziej ciekawie. Rose ma charakterek nie ma co ; d Podoba mi się Twój styl pisania ! ;)
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Cudo <3. ;) Ależ mnie zaskoczyłaś z tą Gem :) Wywarło na mnie to zdarzenie niesamowite wrażenie :D. Troszkę denerwowało mnie zachowanie Rose, za bardzo jest wulgarna i traktuję wszystkich tak jakby byli tacy sami i źli. Uwielbiam cię <3. ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
-Usiądź proszę- ta pani Turnbull była naprawdę dziwna. Właśnie weszłam do klasy, a ona wskazała mi miejsce, gdzie mam usiąść. Za chwilę miałam przekonać się, jaka czeka mnie kara. Obstawiałam mega długą kozę albo prace na rzecz placówki.- Cóż, złamałaś wiele zasad regulaminu jednocześnie- „Jeśli jeszcze raz ktoś będzie przy mnie wspominał o tym ich regulaminie, to wyjdę z siebie i stanę obok”-myślałam, w czasie, kiedy pani Turnbull mówiła jakieś zawiłe kazanie.- Jako karę- tu zaczęłam uważniej słuchać- zaczniesz chodzić na zajęcia teatralne.
-Zajęcia teatralne?! W ogóle mnie to nie interesuje! Nie chcę!- krzyczałam, wzburzona do czerwoności.
-Nauczysz się pracy w grupie. Będziesz techniczną i aktorką.
-Aktorką?!
-Tak. Będziesz pomagać przy dekoracjach i weźmiesz udział w sztuce przez nich wystawianej.
-Nienawidzę sztuki- jęknęłam.
-To będziesz musiała polubić. Spotkania macie w piątki po południu.
-Po południu?! No to już przesada! Mam tracić piątkowe popołudnie na jakieś lelum poleum w teatrzyku szkolnym?!- wstałam z krzesła i wściekła patrzyłam na panią Turnbull. Ta jednak zachowała swoją kamienną twarz.
-Cóż, taki jest grafik.
-W cholerę z tym grafikiem!
-Rose!- powiedziała wychowawczyni zimnym tonem.- Za karę zostaniesz dziś godzinę w kozie.
-Ale…- próbowałam zaprotestować, ale pani nauczycielka weszła mi w słowo.
-Żadnego ale! Marsz na lekcję.
-Marsz na lekcję, marsz na lekcję- przedrzeźniałam ją pod nosem, wychodząc z klasy.
-Rose!- upomniała mnie po raz enty, jednak ja już jej nie słuchałam. Wolnym krokiem wyszłam z klasy. Właśnie mijała mi matematyka. Jak łatwo się domyślić- nie spieszyłam się na nią. Poszłam na koniec korytarza. Znajdował się tam niewielki zaułek, koło którego stały jakieś kwiaty. Usiadłam na podłodze i przyłożyłam profil twarzy do chłodnej ściany. Po stresach związanych z wychowawczynią, nerwy we mnie buzowały, więc nic dziwnego, że podskoczyło mi ciśnienie.
-Chłodzisz się jak pies- usłyszałam nad sobą dźwięczny głos. Podniosłam wzrok i ujrzałam dziewczynę z autobusu. Jak ona miała na imię? A tak! Gem!
-Masz z tym jakiś problem?- zapytałam, powstawszy. Założyłam ręce na piersi- przyjęłam pozycję obronną. Ta cała Gem wybrała sobie naprawdę zły moment do wyprowadzenia mnie z równowagi.
-W zasadzie to nie, ale wyglądałaś żałośnie- parsknęła piskliwym śmiechem.
-Nie gorzej niż ty- odcięłam się.
-Och, widzę, że ktoś tu nie zna hierarchii- zamachała mi palcem przed nosem.
-Och, widzę, że ktoś tu myśli, że jest fajny.
-Zbij z tonu, dobrze ci radzę.
-Zbij tonę tej tapety, dobrze ci radzę- nie miałam zamiaru kończyć tej bezsensownej dyskusji. Wyminęłam Gem i ruszyłam do klasy. Przede mną jeszcze kawałek matematyki, co wydaje się lepszą opcją niż rozmowa z ta lalunią.
***
Środek tygodnia zlał mi się w całość do tego stopnia, że nie potrafiłabym teraz wskazać, co działo się w środę, co we wtorek, a co w czwartek. Piątek jednak wrył mi się w pamięć, niestety, negatywnie. Lekcje minęły nader spokojnie. Na szczęście ostatni dzień tygodnia szczyci się w miarę lekkimi lekcjami (nie ma biologii, za co dziękuję niebiosom). Już miałam stwierdzić, że mam dobry humor, kiedy przypomniałam sobie, że po lekcjach muszę iść na to upiorne kółko teatralne. Chciałabym zatrzymać albo chociaż wydłużyć czas, żeby od tych zajęć dzieliło mnie jak najwięcej, ale dziś wyjątkowo wszystko potoczyło się za szybko. Ostatnią lekcją była historia Stanów Zjednoczonych. Uczył go pan Hamilton, który był naprawdę w porządku. Usiadłam z Hayley w ostatniej ławce, gdzie opowiedziałam jej, co mnie czeka po lekcji.
-No to masz przechlapane, Ros- Hayley nabrała zwyczaju zwracania się do mnie tak jak moja przyjaciółka z Londynu, Abby. O, właśnie! Ciekawe, co u Abby… Pewnie pęknie ze śmiechu, jak jej opowiem o tym kółku.
-Dokładnie. A ty co dziś robisz?
-Ja… Nic- wymijająco odparła i oblała się rumieńcem. Naszą rozmowę musieli usłyszeć chłopcy siedzący przed nami- Rick o burzy rudawych, kędzierzawych włosów i jasnozielonych oczach oraz jego kolega Louis o czarnych włosach i szaroniebieskich oczach.
-Ona nic? Ona najpewniej pójdzie na targ rupieci z mamcią- powiedział Rick, przekrzywiając głowę i wyszczerzając zęby w szerokim uśmiechu.
Spojrzałam pytająco na Hayley. O co mu chodziło z tą matką i targiem rupieci? Tak właściwie wiedziałam o niej tyle, co nic. Ona jednak nie miała zamiaru odpowiadać na zaczepkę Ricka.
-Daj spokój, Rick- Louis uciszył go w momencie, kiedy ten zaczął stroić głupawe miny do Hayley i mówić bezgłośnie jakieś słowa, których nie zdążyłam odczytać z ruchu jego warg. Ona zawstydziła się i odwróciła głowę w stronę okna.- Ja też chodzę na kółko teatralne- powiedział Louis, aby rozładować atmosferę.
-Z przymusu tak jak ja, czy sam z siebie?
-No… Sam z siebie.
-Podziw.
-Nie będzie aż tak źle- Louis uśmiechnął się.
-Panie Louisie i Ricku, czy ja nie mówiłem, że macie się w miarę zachowywać? W miarę?- pan Hamilton uśmiechnął się lekko. Był całkiem przystojny. Piaskowe włosy i lekki, kilkudniowy zarost w tym samym kolorze, dodawały mu uroku, a śnieżnobiałe żeby pokazywał w nienagannym uśmiechu nr 5.
Po dzwonku zaczęłam wrzucać rzeczy do torby najwolniej jak się dało.
-Idziesz?- obok mnie wyrósł Louis.
-Gdzie?
-No jak to gdzie? Na kółko teatralne.
-A, tak. No niestety idę.
Ramię w ramię poszliśmy do Sali teatralnej. Chyba się trochę spóźniliśmy, bo już niedaleko drzwi słyszeliśmy, że trwa jakieś zebranie organizacyjne. Po przekroczeniu progu, myślałam, że się przewidziałam; w tym momencie, dowiedziałam się, kto jest szefem tego kółka. Zastygłam w bezruchu. To musiał być sen.


___________
Jak odczucia? Moim zdaniem ten rozdział jest kiepski, przepraszam -.- Mam w planach rozwinięcie akcji wraz z wstąpieniem do tego kółka.
Dziękuję wszystkim za czytanie i komentowanie, w szczególności:
*Stars Can't Shine Without Darkness †* oraz *Wieczna Samotność*
  • awatar `Smerf.♥: jaki kiebski? ;o mi osobiście bardzo przypadł do gustu! ;*
  • awatar bez znieczulenia .: Domyślam się kto tam pewnie jest . ; d Przecież Ty na prawdę świetnie piszesz i ten rozdział jest bardzo dobry a nie kiepski! ; pp
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Kiepski? Och, co ty piszesz! To jest genialne. xD Coraz bardziej lubię Rose. ;) Już sobie wyobrażam kogo musiała ujrzeć, ale zachowam to dla siebie i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. Mam nadzieję, że tym razem nie będziesz kazała mi czekać, aż 3 dni. :P Nie masz za co dziękować, po prostu podziwiam twoje *dzieło*, które zasługuję na jeszcze więcej pochwał. ;) Talencie TY ; **.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kiedy pan Frans zawile tłumaczył jakieś dziwaczne, biologiczne terminy, uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, kto jest moim wychowawcą! „Błagam, tylko niech to nie będzie ten szurnięty Frans, błagam”- prosiłam w myślach. Opatrzność chyba nade mną czuwała, bo kiedy zapytałam o to Hayley, ta ze spokojem odparła:
-Baba od chemii.
Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że nienawidzę chemii tak samo jak biologii. Cóż, z chemicą nie miałam przynajmniej na pieńku. Jeszcze.
-Jaka ona jest?- zapytałam, po chwili milczenia.
-Kto? Wychowawczyni?- kiwnęłam głową.- Spoko. A jeśli lubisz chemię to już w ogóle masz high life.
-Nienawidzę chemii- odparłam, zgodnie z prawdą.
-No to witaj w klubie. Nie jest z nią aż tak źle, chociaż na chemii czasem daje popalić.
-No to dobrze, bo już się martwiłam, że ten popapraniec może być naszym wychowawcą- wskazałam brodą na mocno gestykulującego, Fransa.
-Timothy, czy ja ci nie mówiłem o jednej z zasad?!- powiedział nagle podniesionym głosem.
-Zasad z tego pana świętego kodeksu?- powiedziałam lekko. Miałam tej lekcji naprawdę dość. Klasa wlepiła we mnie ciekawskie spojrzenia. Widocznie nikt tu nie kwestionował zdań tego nauczyciela.
-Nie, zasad z statutu szkoły! Mówi ci to coś?- powiedział, świdrując mnie spojrzeniem.
-Owszem, a panu?- nie dawałam za wygraną. Nic mnie nie obchodził jakiś biolog. Niech sobie robi co chce.
-No, tego już za wiele! Ja… ja… nie wytrzymam!- krzyczał, a jego twarz była aż purpurowa. Po chwili jednak odetchnął i zaczął mówić, jak gdyby nigdy nic:- Dobrze, powróćmy do tematu….
W tym momencie przestałam go słuchać. Oparłam głowę o krzesło i zamyśliłam się.
-Niezła jesteś- mruknęła tylko Hayley. Już chciałam coś odpowiedzieć, kiedy rozległ się dzwonek. Z jednej strony ucieszyłam się, ale z drugiej wręcz przeciwnie- pan Frans już czekał przy biurku, aby ze mną rozmawiać. Kiedy klasa zrobiła się pusta, powiedział do mnie szorstkim i nieprzyjemnym tonem:
-Złamałaś….
-Tak, tak, złamałam zasady! Wielkie halo! Jestem w tej szkole nowa! Pierwszy raz przekroczyłam te mury jakąś godzinę temu, dociera to do pana?!- powiedziałam podniesionym głosem. Już sam widok tego nauczyciela wyprowadzał mnie z równowagi.
-Rozumiem, ale jakieś zasady chyba masz! Na przykład to, że nie krzyczy się i nie pyskuje do nauczyciela!- powiedział równie złowrogim tonem.
-Ja mam- odparłam, patrząc na niego znacząco. Jego twarz znów poczerwieniała.
- Masz tu czekać.- Zerwał się z miejsca i wyszedł z klasy. Przysiadłam na rogu ławki i czekałam. Po chwili biolog zjawił się w asyście jakiejś kobiety.
-Znacie się?- powiedział do kobiety, a wskazując na mnie.
-Nie, wiem tylko, że to nowa uczennica, która jest w mojej klasie- odparła kobieta. Wyglądała dziwnie. Miała na sobie szarą spódnicę, sweter i rajstopy w geometryczne wzory. Wszystko w kolorach szarości. Ciemnoblond włosy miała upięte w dość nieregularny kok. „Wygląda, jakby była w żałobie, tylko nieco spranej”- od razu pomyślałam. – Więc jesteś Rose Timothy?- zapytała po chwili milczenia. Pomyślałam, ze jeśli znów usłyszę te uporczywe pytania: „Rose Timothy? Nowa?”, to naprawdę wybuchnę, a o to było nietrudno w zaistniałej sytuacji.
-Tak.
Rozpoczęła się długa i nudna rozmowa z panią Turnbull. O dziwo, nie zawsze zgadzała się ze zdaniem Fransa. Na koniec dodała tylko:
-Dziś jeszcze pomyślę nad karą dla ciebie i jutro ci ją powiem. A tymczasem, pędź na lekcję- powiedziała. Pożegnałam się i wolnym krokiem ruszyłam ku klasie 98. Właśnie mijała mi geografia, a ja znowu byłam spóźniona.

***
Ten dzień naprawdę nie należał do dobrych. Jutro dostanę jakąś durną karę i, znając tą konserwatywną szkołę, będą to jakieś prace na rzecz placówki. Nic lepszego nie mogło się wydarzyć. Na tego Fransa nie mogłam już patrzeć, a to dopiero pierwszy dzień. Jedynym, małym plusem była ta Hayley- dziewczyna jest całkiem w porządku, ale nie mogę powiedzieć, ze się zakolegowałyśmy. Ona na przerwie siedziała z nosem w książkach (nie, nie była kujonem. Sama zauważyłam, że interesują ją raczej mroczne tematy), natomiast ja wkładałam słuchawki do uszu i izolowałam się od tych rozwrzeszczanych panienek i szpanerskich pozerów. Moje rozmyślania przerwał klakson. To był Max. Spełnił swoją obietnicę, że w pierwszy dzień szkoły mogę wracać z nim, a nie autobusem. Było mi to bardzo na rękę.
-Co masz taką naburmuszoną minę?- spytał na wstępie.
-Nic mi nie mów. Koszmarny dzień.
-Co się stało?- cały Max. Od razu się interesował, co mi nie gra. Był taki kochany. Opowiedziałam mu wydarzenia z całego dnia- o wścibskim kierowcy, jakiejś Gem „przywódczyni stada” (na szczęście nie chodziła ze mną do klasy, ale robiła spory szum na przerwie), wrednej sekretarce, poznaniu Hayley i wreszcie o kłótni z biologiem z udziałem wychowawczyni, co skończyło się wymyślaniem kary.
-No to sobie nagrabiłaś- stwierdził brat.
-I jeszcze ty przeciwko mnie?- prawie krzyknęłam, po czym opadłam na fotel.- Super.
-Nie jestem przeciwko tobie, ale się naraziłaś. No ta niemiła wymiana zdań z sekretarką…
-Uważała mnie za buca!- weszłam mu w słowo.
-Albo ta z biologiem...
-No to już była przesada! Tak mi ten facet działa na nerwy! To jakiś szurnięty konserwatysta!- krzyknęłam.
-Och, Rosie…- westchnął Max. Zrobiłam pytające spojrzenie, ale on już nie zamierzał kontynuować tej dyskusji. Za to tez go kochałam- potrafił się zamknąć w odpowiednim momencie. A to był ten moment. Jednak najgorsze miało jeszcze nadejść.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Mój pierwszy szkolny dzień rozpoczął się koszmarnie. Po pierwsze: omal nie zaspałam, ponieważ wczoraj wieczorem, kiedy zdenerwowałam się na Maxa i tą całą Julie, zostawiłam telefon w kuchni, a więc nie mogłam dziś usłyszeć dźwięku budzika. Na szczęście miałam Maxa, który wparował do pokoju prawie dwadzieścia po siódmej (a nie, jak zwykle-o siódmej).
-Myślałem, że już wstałaś.
-To źle myślałeś- jęknęłam i wyskoczyłam z łóżka, widząc, którą godzinę wskazuje ścienny zegar.- Dobra, wyjdź. Muszę się ubrać.
-OK, przygotowałem śniadanie. Jest na stole, więc się pospiesz, bo wystygnie. A na blacie masz drugie śniadanie. Ja lecę do pracy. Bo w końcu ją dostałem!- ucieszył się, jak dziecko.
-Wspaniale. To leć. Mam klucze. Pa- mówiłam monosylabami.
Tu, w Chicago, również przyjeżdżał autobus szkolny kilka minut po ósmej. Kiedy podjechał pod nasz dom, czułam… tremę? Ja? To głupie, ale chyba tak właśnie było. Nie mogłam jednak dać po sobie poznać, że jestem trochę zdenerwowana. Dziarskim krokiem weszłam do autobusu.
-Nowa uczennica? Wreszcie coś nowego. Ale chyba nie z Polski. Tamtych to dopiero tu zasiewa - zagadnął mnie kierowca. Na szczęście język angielski i amerykański nie różniły się od siebie za mocno, poza tym chodziłam na wakacyjny kurs. Codziennie trzy godziny ślęczenia nad obcym językiem- nuda i w dodatku męczarnia. Jednak dziś poczułam, że chyba na coś to się przydało, bo bez problemu zrozumiałam słowa tego faceta.
-Nie jestem Polką.
-A więc kim? Jak się nazywasz?- kierowca okazał się niezłym wściubinosem. Już-już miałam go spławić jakimś ciętym tekstem, ale dałam na wstrzymanie. W końcu miałam go znosić przez cały rok, a nie uśmiechało mi się mieć wroga w kierowcy autobusu!
-Jestem z Londynu-powiedziałam bezbarwnym tonem.
-Mmm, Brytyjka. Tez tu trochę takich mamy- powiedział.
-Panie kierowco, może by pan wziął tyłek w troki i ruszył tę blaszaną maszynę?- usłyszałam głos z końca pojazdu. Autorka tych słów siedziała na centralnym siedzeniu, z tyłu autobusu, a właściwie na kolanach chłopaka, który siedział na tym miejscu. Miała wspaniałe blond loki, luźno opadające na jej ramiona. Podeszłam bliżej, bo nie miałam zamiaru siedzieć z przodu. Nie chciałam zepsuć reputacji, zanim przekroczę mury szkoły. Usiadłam na podwójnym fotelu i kątem oka obserwowałam dziewczynę. Wydawała się być bardzo pewna siebie i popularna.
-Hej, Gem! Jest dziś trening?- zapytała brunetka z ładnie ściętą, prostą grzywką. „Gem”? To była moja pierwsza myśl. Ciekawe, od jakiego imienia jest to skrót. I ta cała Gem coś trenuje? Wydaje się być straszną lalunią, która nie lubi się brudzić.
-A czemu miałoby nie być?- prychnęła.
-No bo zawsze były w piątki- dodała brunetka.
-Ale dziś z racji pierwszego dnia szkoły, zrobimy zebranie organizacyjne. Stara Stanley musi kupić nam nowe stroje. Ileż można łazić w tych starych, niebieskich spódniczkach?- westchnęła teatralnie. Wtedy domyśliłam się, że ta Gem musi być przywódczynią drużyny cheerleaderek. Bo w jakim innym sporcie nosi się spódniczki? No, może w tenisie. Jednak moje przypuszczenia potwierdziły się, kiedy dziewczyny zaczęły paplać o pomponach. Fuj.
Kiedy weszłam do szkoły, poczułam dezorientację. Szkoła była ogromna. Jeszcze w sierpniu, Max odebrał listownie kilka mapek szkoły, wysłanych od dyrekcji. Wyjęłam je z torby i zaczęłam studiować. Sekretariat. Muszę tam się dostać. W końcu doczłapałam się na pierwsze piętro. Mieścił się tam mój cel. Zapukałam do drzwi. Po chwili usłyszałam melodyjny głos.
-Proszę wejść!
Otworzyłam drzwi i wsunęłam się do środka. Przede mną siedziała ruda, na oko czterdziestoletnia, sekretarka w modnych okularach.
-Czym mogę służyć?- zapytała, jakbym była jakąś królową. Nie wyczułam w tonie głosi sarkazmu, jednak uważałam, że to było lekko ironiczne.
-Jestem tu pierwszy raz. Dostałam listownie mapki i…
-Ach, nowa dziewczyna! Dostałam rano informację, że ktoś nowy ma się pojawić. Imię i nazwisko no i skąd pochodzisz, to chyba oczywiste- działała mi na nerwy. Co to ma znaczyć „to chyba oczywiste”? Miała mnie za jakiegoś buca, że nie wiem o tym, co się mówi przy zapisie?
-Tak, oczywiste, jakżeby inaczej- powiedziałam sarkastycznie.
-Więc…?- zabębniła palcami w blat biurka. – Imię nazwisko, pochodzenie, wiek?
-Rose… Rose Timothy. Pochodzę z Londynu. Mam siedemnaście lat.
-A, tak. Jesteś zapisana do klasy II „e”.
-Może mi pani dać plan lekcji?- powiedziałam niecierpliwie. Z rozkładu dzwonków, który również przysłała szkoła, wynikało, że pierwsza lekcja zaczyna się za cztery minuty.
-Chwila. Nie bądź taka niecierpliwa. To nie jest wasz Londyn- powiedziała, wznosząc oczy ku niebu.
-A szkoda- mruknęłam.
-Proszę- wręczyła mi plan lekcji.-Lepiej już idź, bo się spóźnisz- powiedziała, co nie było miłe. Zbagatelizowałam to jednak. Zaczęłam studiować otrzymany plan. Za dwie minuty miałam mieć biologię. Nie ma to jak świetne rozpoczęcie dnia. Poczłapałam do klasy 134.
Spóźniłam się jakieś dwie minuty. Zapukałam do gabinetu.
-Proszę- usłyszałam męski głos. No super, w dodatku tej głupiej biologii uczy facet!
-Dzień dobry- powiedziałam.
-Witam. Nowa?- zapytał, zakładając okulary na nos.
-Tak.
-Jak się nazywasz?
-Rose Timothy.
-A ja nazywam się Joseph Frans. Dobrze Rose… U nas jest taka zasada: nie spóźniamy się na lekcje.
-Musiałam iść po plan do sekretariatu- odpowiedziałam. Nie miałam zamiaru go przepraszać, bo wcale nie czułam się winna.
-Dobrze, ale to nie wyklucza tego, że się spóźniłaś- ostatnie słowo wyraźnie zaakcentował. Wyjęłam telefon z kieszeni i spojrzałam na zegarek.
-Spóźniłam się tylko dwie minuty.
-Zlekceważyłaś kolejną zasadę tu panującą: nie używamy telefonu komórkowego.
-Tylko sprawdziłam godzinę!- powiedziałam podniesionym głosem.
-Kolejna zasada: nie krzyczymy- dodał biolog. Był naprawdę stuknięty.
-Skąd mam znać te wszystkie zasady jak jestem w tej szkole od dziesięciu minut?!- krzyknęłam już naprawdę głośno.
-Och, widać, że mamy do czynienia z krnąbrną ignorantką- powiedział szorstko.
-Może pan czegoś mnie nauczy- skrzyżowałam ręce na piersi.
-Zajmij jakieś wolne miejsce- zrobił nieokreślony ruch ręką. Już myślałam, że mi odpuścił, ale on wtedy dodał:- Zostaniesz po lekcji na krótką rozmowę.
Super. Ruszyłam przez klasę. Były trzy wolne miejsca: koło jakiegoś chłopaka w długich włosach, zasłaniających mu oczy i słuchawkach w uszach (wyglądał na takiego, który nie przyjaźni się z mydłem); drugie wolne miejsce było koło dziewczyny pilnie zapatrzonej w książkę, natomiast trzecie koło dziewczyny o orzechowych włosach. Miała gęstą grzywkę i dość długie włosy. Opierała łokcie o blat stołu i patrzyła gdzieś przez okno. Tak, nawet dobra „koleżanka z ławki”. Usiadłam obok niej.
-Hej- powiedziała.
-Hej- odpowiedziałam na powitanie.
-Jak masz na imię?- dodała dziewczyna.
-Rose, nie słyszałaś?
-Nie słucham tego frajera- dodała, na co się uśmiechnęłam. Pierwszy raz tego dnia pomyślałam, że może ta szkoła ma jakieś minimalne plusy. Minimalne, ale zawsze.
-A ty?- zapytałam jej.
-Hayley- dodała.
Przeszło mi przez myśl, że tu może nie jest tak najgorzej. Ta Hayley wydawała się całkiem w porządku. Wtedy przypomniałam sobie jednak o rozmowie z nawiedzonym biologiem-konserwatystą. Super. To jednak nie będzie „nawet dobry dzień”.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
-Co tam?- do mojego pokoju wszedł Max.
-A co ma być?- odpowiedziałam.
- No nie wiem…- przysiadł na skraju łóżka.-Spakowana do szkoły?
-Taa… Niestety.
-Oj Rose, nie martw się. Szkoła w Chicago nie różni się aż tak bardzo od tej w Londynie.
-Tak mówisz, ale sam nie idziesz do niej- warknęłam.
-No nie, ale idę do pracy.
-No i co tam takiego robisz? Stukasz w laptopa? Rzeczywiście, stresujące.
-Bywa i stresujące. A co tam u Abby? Od czerwca telefonowałaś do niej tylko kilka razy, a może nie widziałem...
-Nie odbiera. Ale u nich jest dopiero dwunasta. Pewnie jest zajęta, jak to w niedzielne południe, nie sądzisz?- powiedziałam sarkastycznie i przypomniałam sobie, że właściwie dawno nie dzwoniłam do Abby. Była to moja najlepsza i jedyna przyjaciółka z Londynu. Nie jestem duszą towarzystwa i nie umiem nawiązywać znajomości, więc nie łudziłam się, że zakoleguję się z kimś w Chicago.
-Oj, Rose. Nie bądź taka cyniczna.
-Nie jestem cyniczna, tylko nie chcę iść do tej szkoły! W ogóle nie widziałam sensu tej przeprowadzki do jakiegoś Chicago!
-No przecież ci to tłumaczyłem- Max podrapał się po głowie.- W maju minął rok, odkąd rodzice nie żyją, a ja dalej nie mogłem się pozbierać, ty zresztą również. Mam już dwadzieścia dwa lata, czyli osiągnąłem wiek pełnej dojrzałości, więc postanowiłem, ze zaczniemy nowe życie tu.
-OK, super, nowe życie! Ale nie moglibyśmy na drugim końcu miasta?! Londyn jest duży, odnalazłbyś się!
-Nie, musieliśmy wyjechać daleko. Poza tym dostałem tu ofertę pracy. Co prawda, nie jest zatwierdzona, ale wstępnie...
-No jasne, jak zwykle tylko twój interes się liczy- weszłam mu w słowo. Położyłam się na łóżku, wtulając twarz w poduszkę. Nie miałam tu nikogo. Przez całe wakacje nudziłam się, mimo wycieczek nad morze z Maxem.
-Widzę, że nie chcesz już rozmawiać- westchnął , podnosząc się z łóżka.- No to za pół godziny kolacja. Nie martw się, będzie OK.
-Nie będzie. Pa- warknęłam, ale po chwili zrobiło mi się nieco przykro, ze tak na niego naskoczyłam. W końcu mieliśmy tylko siebie. Lekko się ogarnęłam i zbiegłam na dół.
-Co, jednak szybciej zgłodniałaś?- powiedział Max. Wcale nie był obrażony, jak to on.
-No… Chyba tak- powiedziałam, opierając łokcie na blacie stołu.
-Ale kolacja jeszcze niegotowa- uśmiechnął się i uchylił drzwiczki piekarnika. Podeszłam bliżej.
-Zapiekanka serowo-ziołowa?
-Tak. Moje popisowe danie!
-Wow. To ja idę wziąć prysznic.
-OK.
Kiedy wróciłam do kuchni, Max układał talarze i sztućce. Nie mogło ujść mojej uwadze to, że na stole znajdowały się trzy nakrycia, a nie dwa.
-Ktoś przyjdzie?- momentalnie dotknęłam mojej mokrej czupryny, opadającej strąkami na koszulę.
-Tak. Moja szefowa.
-Twoja szefowa?! I nic mi nie powiedziałeś?!
-Spokojnie, ona jest bardzo… hmm…..luzacka. Nie chcę, żeby wyglądało, że się za bardzo szykujemy. No wiesz…
-OK- powiedziałam. I tak nie przejmowałam się swoim wyglądem.- Dalej będziesz pracował w branży filmowej?- zaczęłam rozmowę.
-Mhm, na razie jako wyższy praktykant. Jeśli dostanę tą pracę, bo jeszcze nie do końca wiadomo, choć szefowa jest super –w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.-Och, to na pewno ona!
Po chwili Max pojawił się w kuchni w asyście puszystej blondynki.
-Rose, to jest Julie Plec.
-Mów mi Julie- kobieta uścisnęła mi dłoń.
-Miło mi. Rose- powiedziałam, choć niespecjalnie uśmiechało mi się szczebiotanie szefowej Maxa.
Usiedliśmy przy stole i zaczęła się konwersacja, w której, szczerze mówiąc, brałam bierny udział.
-Rose, co ty taka markotna?- powiedziała Julie.
-Chyba denerwuje się jutrzejszym dniem. Pierwszy dzień szkoły, rozumiesz- uśmiechnął się Max.
-Nie jesteś moim ojcem, żeby tak mówić- powiedziałam spokojnie.
-Ros, nie wkurzaj się. To był żart- dodał brat.- Trudny wiek- uśmiechnął się szerzej.
Odsunęłam talerz i z głośnym trzaskiem odłożyłam sztućce.
-Nie mam ochoty z wami gadać. Zachowujesz się jak hipokryta- powiedziałam i pobiegłam na górę. Nie słuchałam wołań Maxa, ani nawet Julie. Co mnie oni obchodzili? Postanowiłam zadzwonić do Abby. Ona potrafiła mnie naprawdę pocieszyć. Wybrałam jej numer.
-Halo? Ros? – w słuchawce odezwał się jej melancholijny głos.
-Tak, to ja! Abby, ale fajnie cię słyszeć! Mam problem.
-Mów jaki- powiedziała, lekko bezbarwnym tonem.
Opowiedziałam jej całą sytuację. Abby powiedziała po prostu, żebym dała na wstrzymanie. Czułam, że choć nie jest ze mną, mam jej wsparcie na jutro. A było mi naprawdę potrzebne.
  • awatar kamilkaaa <3: Świetne :D
  • awatar Kto czyta książki, żyje podwójnie !: Wręcz uwielbiam twoje opowiadania. Bardzo lekko piszesz. Szybko się czyta, co mnie niezmiernie wciągnęło. Podoba mi się główna bohaterka - Rose, już ja polubiłam. Daj mi znać kiedy będzie kolejny rozdział. Informuję cię, że dodałam kolejny rozdział. Dodaję do grupy - ważne. xD:* Buziaki ;**.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›